sobota, 24 października 2020

Odliczanie (22.10.2020)

 

Raz, dwa, trzy

Zastanawiała się, co będzie skuteczniejsze: skoczyć pod pędzący samochód czy połknąć żyletkę? Była więźniem własnego umysłu, a on pastwił się nad nią, nie dając jej spać. Krew płynęła w dół jej ramion, a chłód płytek pulsował pod ręką. Ostatecznie,  wcale nie chciała tu być. To nie była jej decyzja. Plusk, kropla krwi rozbiła się na niebieskiej płytce. Jak wykrzyknik. Jak wezwanie do odpowiedzi. Do odpowiedzialności, której nie miała. Jej własne myśli nawiedzały ją we snach, przewracała się z boku na bok w sennych koszmarach, ale rzeczywistość była gorsza od snu.

Cztery, pięć, sześć

Czasem udawało jej się  zasnąć na parę minut, odpłynąć w krainę ukojenia i spokoju. Kilka minut na doładowanie baterii, a potem wiele godzin koszmaru i dzień, w którym każdy ruch jest mozolny jak w smole, a kołdra wypełniona kamieniami nie daje się unieść. Wpatrywała się w ścianę, a łzy spływały po jej policzkach, znacząc na nich chwiejne strużki. Bolał ją każdy mięsień, każdy staw i ścięgno, czuła, że gdy się podniesie, to zawali się pod własnym ciężarem, ciężarem myśli, wspomnień i codzienności. Chciała cała wypłynąć ze środka, opuścić ciało, duszę, ziemię. Udać się do niebytu.

Siedem, osiem, dziewięć

Nie podobał jej się koncept nieskończoności, bo nawet doczesność była nie do wytrzymania. Leżała zwinięta embrionalnie i liczyła od tysiąca w dół. Aby ten uciążliwy moment zawieszenia pomiędzy jawą a snem się skończył, a wraz z nim by skończył się świat. Nikt nie zasługuje na świat. Niech już wszyscy znikną, niech przestaną być koło niej, mówić, chodzić, jeździć tymi swoimi samochodami. Ludzie ciągle się tylko gdzieś spieszą, a jej się spieszy tylko do śmierci. W jej objęcia chce się rzucić, w jej matczyności zanurzyć. To będzie jej ukojenie, jej spokój. I lekkość.

Dziesięć

Miała już dość tego kraju, miała żal, że się urodziła, i wtedy, i teraz i z każdą sekundą. Chciała już obrócić się w nicość, by nie widzieć więcej tych ludzi, którzy nienawidzą. Ona nienawidziła tylko siebie. Było cicho i ciemno. Zimno, tylko jej ręce pulsowały i spływała z nich krew. Chciała się położyć, zasnąć i już nigdy nie obudzić. Nie musieć podejmować decyzji. Nie dorastać. Nie wychodzić z domu. Nigdy. Przenigdy. Miała nadzieję, że apokalipsa wydarzy się niedługo. Wszyscy na nią zasługiwali.

Jedenaście

Nie mogła nic jeść albo mogła jeść zawsze, za dużo i za szybko. Każdy miał problemy, które w  końcu były ważniejsze, a ona była tylko małolatą, która robi problemy. Bała się, że nie uda jej się umrzeć szybko i to był jej największy lęk. Nie chciała, by ją reanimowali, zszywali, operowali. Niech ją zostawią w spokoju, na pastwę losu, niech raz w życiu dadzą jej spokój, którego ona tak bardzo potrzebuje. Niech ją zabiją, byle szybko, chce umrzeć jak zwierzę, bo jest zwierzęciem, nie jest niczym innym. Nie, po prostu jej świat się skończy.

Dwanaście

W ciszy jej myśli odbijają się od ścian. Słychać jeszcze wodę w rurach. Cicho. Patrzy na rozciętą skórę, na czerwone prążki, które zrastają się zaskakująco szybko. Ale pojawią się nowe. Chciałaby, żeby można się było wykrwawić. Chciałaby zamknąć drzwi na klucz, położyć się i pozwolić całej krwi wypłynąć. W powietrzu pachniałoby rdzą. Rodzimy się wbrew woli, myślała, ale jej wolą było się nie urodzić. Mogłaby wtedy nie istnieć, a świat bez niej i tak by się nie zmienił. Byłby tak samo zimny, nieludzki, potworny. Tak samo nie do życia.

Trzynaście.

Wyszła z domu. Wiatr zawodził, szumiały liście, które jeszcze nie zdążyły opaść. Nie czuła zimna. Jej ciało pulsowało od rozgrzania. Zacisnęła dłoń na żyletce. Przyspieszyła kroku. Było ciemno, po dziewiętnastej. Już niedaleko, myślała. Mijała ludzi, którzy byli jej obojętni, nic nie znaczyli. Ona też nic nie znaczyła. Dla siebie, dla innych, dla świata, dla teraźniejszości.

Czternaście.

Wiatr smagał ją po twarzy, było ciemno. Październik. Wzięła żyletkę do ust i z trudem ją połknęła. Nie czuła bólu ani strachu. Usłyszała nadjeżdżający samochód. Pobiegła.

Czwartek, 22.10.2020


 

piątek, 25 września 2020

Pęd


Pęd. Światła. Klakson. Szum. Ktoś krzyczy. Ktoś klnie. Ktoś płacze. Pustka przepełniona dźwiękami, które nic nie znaczą. Idziesz. Zaraz potrąci cię samochód. Skowyt. Jęk. Trzask. Ktoś głośno puszcza muzykę.

Nie pasujesz, odstajesz, idziesz za wolno. Ktoś klnie i cię wymija, ktoś wyprzedza rowerem, dzwoniąc dzwonkiem. Szczęk butelek, plusk wody, zapach papierosów. Jakieś dziecko spada z huśtawki i zanosi się krzykiem. Gdzieś w oddali słychać syreny. Przyspieszasz, nie wiesz, czy zdążysz na czas, a musisz zdążyć, każdy musi zdążyć, każdy musi się spieszyć.

I tak nie zdążysz, nawet jak zdążysz na jedno spotkanie, to spóźnisz się na drugie, względnie spóźnisz się do własnego domu, przyjdziesz parę godzin za późno i już nigdy na nic nie będziesz mieć czasu.

Nie nałożysz tej maseczki, którą w porywie konsumpcjonizmu kupiłaś na przecenie trzy za jeden w pakiecie z kremem i golarką; nie przeczytasz książki, która od miesiąca czeka z napoczętym drugim rozdziałem założonym zakładką gratisem; nie położysz się wcześniej spać, bo jakaś niewidzialna siła przykuje cię do telewizora z kubkiem zbyt gorącej lub zbyt zimnej herbaty.

A następnego dnia obudzisz się z szumem w głowie i piekącymi oczami, by po dwóch godzinach snu wmusić w siebie kubek czarnej kawy, po której zachce ci się rzygać, i pędzić w niedopiętym płaszczu na odjeżdżający minutę przed czasem autobus. Nie zjesz na śniadanie zbożowej owsianki więc w biegu wgryziesz się z baton fit musli well balanced protein wszystkie witaminy w jednym i będziesz siedzieć sztywno w telepiącym się na boki autobusie, powstrzymując się od wymiotowania pod siebie. Będziesz wsłuchiwać się w szum i pisk we własnej głowie i wgapiać w niemrawe twarze współpasażerów, zaspane dzieci, żwawych seniorów, poirytowanych ludzi w twoim wieku. W pewnym momencie usłyszysz przeklinającego kierowcę, będziesz musiała się podnieść i wysiąść na swoim przystanku i spojrzysz na zegarek, by przekonać się, że jeśli się nie pospieszysz, zaraz będziesz spóźniona, więc będziesz pędzić przed siebie, chwiejąc się w szpilkach i czując, jak pot spływa ci w dół po plecach; żałując gdzieś w głębi, że nie zażyłaś wczoraj odprężającej kąpieli z solą o zapachu rumianku.

Masz tyle hobby, że część zamiera, bo nie masz na nic czasu, jesteś wyprana, łatwiej jest siedzieć i gapić się w nicość niż wymagać od siebie produktywności. Chciałabyś uprawiać jogę, wyplatać makramy, robić na drutach, czytać biografie i chodzić na długie spacery z psem, a tymczasem pies zdążył już zapomnieć, jak wygląda świat dwa metry poza blokiem, książek nie czytałaś od miesiąca, druty zgubiły się gdzieś w odmętach twojego pokoju, a najprostsza figura jogi zdaje się być nie do zrobienia. Nie zdążysz, nie masz czasu, zegar tyka, mijają dni, tygodnie i miesiące, od pięciu lat nie bawiłaś się na imprezie, od dwóch miesięcy nie opalałaś. Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz rozmawiałaś z kimś, kto nie jest twoim współpracownikiem. Awans, pieniądze, czas, awans, pieniądze, czas.

Kolejny dzień, tym razem toniesz w strugach deszczu, parasol wygina się pod naporem wiatru, a ty czujesz, że będziesz musiała ponownie układać włosy. Siedzisz za biurkiem, stukasz w klawisze, ktoś kaszle. Wychodzisz na papierosa, chociaż nigdy nie paliłaś, zaczęłaś dopiero tu, potem lunch, jakieś zdrowe gówno dla ludzi z korpo, niedobrze ci się robi od tego syntetycznego jedzenia, zjadłabyś jajko sadzone z boczkiem i napiłabyś się herbaty z prawdziwym cukrem. Poszłabyś na masaż i na siłownię, ale musisz pędzić do domu, wyprowadzić psa w strugach coraz bardziej nachalnego deszczu. Potem położysz się pod kołdrą i będziesz płakać kilkanaście minut, zaśniesz na parę godzin mimo zapalonego światła, wstaniesz i z paczką zwietrzałych czipsów siądziesz przed telewizorem. Kolorowe, cyfrowe obrazy, sztuczny, zbyt perfekcyjny dźwięk, masz oczy szeroko otwarte, nie możesz ich zamknąć, musisz patrzeć, musisz chłonąć, musisz być produktywna, dowiadywać się, uczyć, edukować, nawet jeśli to tylko na pozór, nawet jeśli to wszystko nieprawda, nawet jeśli w rzeczywistości marnujesz tylko czas i będzie boleć cię głowa.

Nawet we śnie nie możesz tracić czujności, śpij płytko i krótko, budzik ustawiony pięć razy, wyznaczający nowe deadliny snu, jedna noga wystawiona spod kołdry, gotowa by wstać, pobiec, wyruszyć w wir codzienności. Wypić czarną kawę, zajeść chlebem, umyć zęby, przeczesać włosy. Wbić się w garsonkę i szpilki, nałożyć jakąś czerwoną pomadkę. Tylko nie pokazuj tych sinych kręgów pod oczami, przecież na świecie ludzie mają gorzej. Nikogo nie obchodzi, że miałabyś ochotę posiedzieć na łące z twoim psem, wyjść do kina, przespać się bez budzika tuż koło ucha. Musisz siedzieć, wypełniać raporty, zużywać pamięć komputera, beznamiętnie uderzać w klawiaturę, siedzieć prosto, udawać, że to twoja wymarzona praca. Bo jak nie, to cię zwolnią, a jak cię zwolnią, czym zapłacisz za mieszkanie, terapię, czarną kawę, herbatę, chleb, netflixa i karmę dla psa. Nie przeżyjesz. Usiądź prosto, ściągnij łopatki, wyglądaj reprezentacyjnie, wyrób normę, pamiętaj o terminach. Powtórz. Przerwa na lunch, minuta na papierosa, rozgadani współpracownicy, młodzi, zadowoleni, palący pachnące malinami elektroniczne papierosy, pijący kawę z roślinnym mlekiem. Pewnie przed pracą jogging, po pracy cardio pod okiem personalnego trenera, dzieci z nianią, catering dowiezie żarcie w plastikowych pudełkach. W weekendy shopping, korepetycje dla dzieci i awans w poniedziałek. To nie jest dobra mina do złej gry.

Nie pozwól by zamknęły ci się oczy, musisz zapłacić za prąd i karmę dla psa, musisz wynieść dziś śmieci i zrobić nadgodziny. Siedź prosto. Łopatki ściągnięte. Wzrok skupiony.

Pęd. Światła. Klakson. Szum. Ktoś krzyczy. Ktoś klnie. Ktoś płacze. Pustka przepełniona dźwiękami, które nic nie znaczą. Idziesz. Zaraz potrąci cię samochód. Skowyt. Jęk. Trzask. Ktoś głośno puszcza muzykę. Pisk opon. Leżysz. Jest twardo i mokro. Kręci ci się w głowie, szumi w oczach.

 

sobota, 19 września 2020

Myśli

Nowe uniwersum powstaje za każdym razem wtedy, gdy ktoś się rodzi. Ludzie są jak planety, jak światy. Niepowtarzalni, ale jednak tak podobni. Może nie powstajemy na skutek wielkich wybuchów w kosmosie, ale rodzimy się z innych planet, z eksplozji miłości. Rozwijamy się, tworząc swoje własne, unikalne cechy. Po nich będziemy rozpoznawani, ale nie w całym kosmosie, a jedynie w naszej galaktyce. Może wzbogacimy się, może będziemy mieć kilka lub nawet kilkanaście księżyców a może będziemy mieć tylko jeden. Podczas naszego życia przewinie nam się w głowie tyle myśli, ile jest gwiazd na niebie, ale niektóre z nich z czasem wyblakną, a niektóre będą tak daleko, że nie będziemy w stanie sięgnąć do nich pamięcią.

Kosmos od zawsze był moją największą pasją, pomyślałam, leżąc na zimnej trawie i wpatrując się w nocne niebo. Rzeczywistość zweryfikowała te marzenia i w chwili obecnej nie miałam nawet teleskopu, a zamiast spać wpatrywałam się w świecące nade mną punkciki, jakbym była małą, zakochaną dziewczynką. Zawsze patrzyłam w gwiazdy kiedy coś mnie zmartwiło, zszokowało czy zabolało. Na przykład wtedy, gdy zerwał ze mną pierwszy chłopak, o którym w myślach mówiłam jak o tym jedynym. Albo wtedy, gdy zdechł nasz rodzinny pies, który był ze mną odkąd pamiętałam wobec czego spodziewałam się, że będzie już na zawsze. Byłam tam, kiedy dowiedziałam się, że gdzieś daleko toczy się wojna i przeraziłam się, bo myślałam że bitwy są jedynie częścią historii. A teraz jestem już dorosłą kobietą, która stara się myśleć o sobie jak o kimś zorientowanym w rzeczywistości, ale wciąż przychodzę na łąkę, by położyć się na plecach i posłuchać wszechświata. Wydaje mi się, że to dzięki niemu zrozumiałam, jaką głębię i niebanalność niesie za sobą świat, istnienie i wszystko to, co mnie otacza. Gwiazdy są nieuchwytne, zawieszone wysoko, mrugające i czasami wydają się nie do końca realne. Były najlepszymi nauczycielkami. Niezależnie od tego, jak silne emocje mną targały, znajdowałam w nich ukojenie, spokój, pozorną stałość i niezmienność.

Gdy byłam mała, chciałam być astronautką, kosmolożką czy chociaż astrofizyczką. Potem usłyszałam, że praktycznie nie da się zdobyć tych zawodów, a przynajmniej jest to bardzo trudne, zwłaszcza, gdy jest się dziewczyną. Ostatecznie pracowałam w biurze, tworząc wykresy, tabele i statystyki i naprawdę pasjonowałam się tym, co robię. Liczbami, zależnościami, nieoczywistościami. Nadal jednak interesowałam się kosmosem. Z czasem moja pasja przeszła też na nauki rządzące Ziemią, najlepiej znaną nam planetą. Zaprenumerowałam kilka magazynów naukowych i po pracy zaczytywałam się artykułami o minerałach, glebie, roślinach, atmosferze, pierwiastkach czy ludzkich organizmach. Czułam, że świat nie jest mi obcy, że jest moim przyjacielem, bo coraz lepiej go znam i rozumiem, jak funkcjonuje. Z drugiej strony im więcej przeczytałam, tym bardziej powiększała się liczba pytań, na które nie znałam jeszcze odpowiedzi, a na które odpowiedź znać chciałam.

Tamtego dnia przyszłam popatrzeć w niebo, bo przeczytałam artykuł o projektowaniu dzieci. O tym, że już za niedługo będzie można wybrać spośród zarodków ten, który najbardziej będzie nam odpowiadał. Który będzie na przykład blond włosym, wysokim chłopcem, o inteligencji przestrzennej i matematycznej. Przyszłam do gwiazd, bo poczułam naraz lęk i fascynację. Dzieci na żądanie, dzieci perfekcyjne, nie byłyby już planetami; eksplozjami miłości, a co najwyżej sztucznymi satelitami, krążącymi we wszechświecie w określonym celu. Byłyby zaprogramowane, jak programy komputerowe i w gruncie rzeczy wszystkie takie same, bo chyba nikt nie stworzyłby nieidealnego dziecka, a perfekcja jest powtarzalna i nudna. Takie wyzute z kolorów, wielkości i kształtów satelity kręciły by się w kółko, jak roboty, bez swoich księżyców i gwiazd.

A potem naszła mnie myśl o wiele straszniejsza, niż ten oczywisty lęk przez programowaniem genetycznym, który ma w sobie chyba każdy, kto zapoznał się z tematem. A gdybym ja była zaprogramowana? A gdybym była wysokim, blond włosym chłopcem, ze zdolnościami matematycznymi i z silnym ciałem? A co, jeśli wtedy zostałabym astronautą, kosmologiem albo chociaż astrofizykiem? Co jeśli wtedy to ja projektowałabym satelity i wysyłała je gdzieś w stronę gwiazd? A co, jeśli poleciałabym na księżyc, chociażby po to, żeby sprawdzić, czy ta amerykańska flaga wciąż tam jest?

Tymczasem jestem dorosłą kobietą, która na co dzień zachwyca się statystyką, z zainteresowaniem czyta naukowe magazyny i gdy coś ją trapi leży na łące i patrzy w gwiazdy.

piątek, 31 lipca 2020

Błysk


Patrzyła na zachmurzone niebo. Nabrzmiało ciemnymi chmurami, płaczliwe, drżące, mogące w każdej chwili wybuchnąć z napięcia. Z dachu było je dobrze widać. Wdychała parne powietrze i patrzyła na pulsujące deszczem ciemne chmury. Lubiła wychodzić włazem na ten dach i wpatrywać się w horyzont zapełniony upchniętymi ciasno wieżowcami, nad którymi górowało niebo, dynamiczne i zmienne, choć równocześnie statyczne.
Dach bloku, w którym mieszkała, był dla niej świątynią. Miejscem, do którego przychodziła, gdy chciała skonfrontować się ze swoimi myślami, popatrzeć w chmury płynące spokojnie po błękicie nieba, odetchnąć trochę od duchoty ciasnego mieszkania i wiecznego nawijania swojej nadpobudliwej współlokatorki. Czasami paliła na nim papierosy, patrząc na dym dryfujący dookoła jej głowy, innym razem brała ze sobą koc i książkę, by skupić się na lekturze z dala od euforycznych krzyków współmieszkanki.
A tego dnia po prostu siedziała. Zbierało się na burzę. Wdychała ciężkie, duszne i wilgotne powietrze. Miała ochotę posiedzieć w samotności, zwłaszcza że pokłóciła się ze współlokatorką. Dziewczyna, z którą dzieliła mieszkanie nie była łatwą osobą. Zawsze roześmiana, głośna, zapraszająca masę znajomych. Przeszkadzała jej, gdy chciała pobyć sama, z książkami, z nauką. Wzdychała z rezygnacji gdy mieszkanie po raz kolejny zapełniało się rozgadanym tłumem i uciekała, by być bliżej nieba, samotności, ciszy i chmur. Na dachu jeszcze nigdy nikogo nie spotkała. To była jej oaza, jej raj, jej święte miejsce, w którym nikt i nic jej nie przeszkadzało.
Patrzyła na klucze ptaków przelatujące nad jej głową i słuchała ich skrzeczenia. Wpatrywała się w tę samą panoramę miasta, którą widziała za każdym razem, gdy siadała w tym miejscu, a która mimo to za każdym razem wyglądała inaczej. Zmieniała kolory jak kameleon. W słońcu błyszczała jak hotel na pustyni, przy zachodach topiła się w pomarańczowym horyzoncie, a przy wschodach mieniła w chłodnych różach poranka. W deszczu przybierała ciemny, skąpany w łzach chmur kolor, by potem wysychać w promieniach wychylających się nieśmiało spośród chmur.
Błysnęło, a tuż po tym rozległ się grzmot. Usłyszała kroki i odwróciła się. Z włazu wyszedł młody, około dwudziestoletni mężczyzna. Wytężyła wzrok. Wydawało jej się, że go kojarzy, ale miała słabą pamięć do twarzy i imion. Może pomógł jej kiedyś wnieść siatki do mieszkania, a może przedstawił się, gdy oboje w tym samym czasie wyciągali pocztę ze skrzynek na półpiętrze. A może kojarzy go, bo kiedyś poszła nastraszyć go policją, gdy zakłócał ciszę nocną? Nie była przekonana. Mieszkał w tym samym bloku, na pewno. Zaczęło jej się wydawać, że mijali się nie raz na schodach. Odniosła jednak wrażenie, że mieszkał sporo pod nią, gdzieś na parterze, albo na pierwszym piętrze. Analizując mieszkańców, których kojarzyła, musiało to być pod dwójką lub pod piątką.
Popatrzył na nią, ale nie zareagował. Drgnęła i odwróciła wzrok, choć wciąż czuła na sobie jego uporczywe spojrzenie. Będzie burza, pomyślała. Gdzieś w oddali zatrąbił samochód, a tuż po tym rozległy się gniewne krzyki. Mężczyzna odszedł kawałek dalej. Stał z założonymi rękami, a wzmagający się wiatr wydymał mu koszulę.
Czuła się niezręcznie z jego obecnością. Był intruzem i zakłócił jej prywatną przestrzeń, nawet jeśli dach nie należał do niej. Nie spodziewała się spotkać tu kogokolwiek. Właściwie nie sądziła nawet, że ktokolwiek inny wie o tym, że może wejść na ten dach. Obrzuciła go spojrzeniem, które w jej wyobraźni miało go spłoszyć, zniechęcić, powiedzieć mu, że powinien sobie iść. Że nie jest tu mile widziany. Przez kilka długich, ciągnących się jak ser na pizzy minut mężczyzna stał, spoglądając raz na nią, a raz na panoramę widniejącą za jej głową. Przestępował niepewnie z nogi na nogę.
 Po chwili jednak jego obecność przestała jej przeszkadzać. Nie odzywał się, nie zasłaniał jej widoku i przestał na nią patrzeć. Jakby go nie było. Na horyzoncie pojawiły się smugi;  na obrzeżach miasta zaczęło padać. Ciekawe, jak szybko burza dojdzie i tutaj, pomyślała. Wiatr tańczył jej we włosach coraz śmielej, a kosmyki, niepokorni tancerze, przesłaniały jej widok i wpychały się do ust. Błysnęło, a tuż po tym rozległ się grzmot.
Zauważyła kątem oka, że mężczyzna podszedł do krawędzi dachu i patrzył w dół. Chyba chce zobaczyć świat z takiej perspektywy, pomyślała, przyznając w duchu, że sama nigdy nie miała na to odwagi, bo kręciło jej się w głowie, gdy tylko próbowała spojrzeć na świat pod sobą.
Lunęło, a grzmoty zagrały złowieszczo. Jej włosy momentalnie stały się mokre i oblepiły jej twarz. Tak oto unieruchomiono niepokornych tancerzy, pomyślała. Deszcz był ciepły, ale i tak zaczęła dygotać. Niebo ściemniało, napęczniałe chmury z zawrotną szybkością pozbywały się swojej zawartości. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami. Panorama miasta była ciemna, skąpana w deszczu. Zaczęła się zastanawiać, czy po burzy pojawi się tęcza.
Przeszło jej przez myśl, że to niebezpieczne. Że może trafić w nią piorun. Ale nie miała jeszcze ochoty wracać, mimo że do włazu było może pięć kroków. Chciała zobaczyć burzę w pełnej okazałości, rzucić jej wyzwanie, pokazać jej, że się nie boi. Że nie zdoła jej skrzywdzić w jej ulubionym miejscu.
Zerknęła na mężczyznę, który chwiał się na krawędzi dachu. Błysnęło, a tuż po tym rozległ się grzmot. Mężczyzna zniknął, a po chwili rozległo się głuche uderzenie. A może po prostu znowu zagrzmiało?
Zadrżała. Chciała podejść do krawędzi i spojrzeć w dół, ale przypomniało jej się, że zrobi jej się niedobrze. Objęła nogi ciaśniej i zaczęła się kiwać w tył i w przód. Może płakała, a może to tylko deszcz biczował swoimi strugami jej twarz. Czy ten mężczyzna mieszkał pod dwójką, czy pod piątką, pomyślała.
Błysnęło, a tuż po tym rozległ się grzmot.

czwartek, 11 czerwca 2020

Obiad

Zastanawiała się, jaki jest sens we wspólnym jadaniu obiadu. Osobiście nie odnajdywała szczególnej satysfakcji w siedzeniu przy stole, zajmowaniu całego blatu, mlaskaniu sobie nawzajem do uszu. Ich wzrok automatycznie padał na przeżuwających schabowego pozostałych domowników. Nic apetycznego.

Na co dzień wolała jadać pizzę czy sushi, ogólnie kuchnie innych krajów odpowiadały jej bardziej niż rodzima i nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego. Może jest to swego rodzaju przypadłość jej generacji. Preferowałaby zjeść miskę spaghetti, skulona na kanapie, oglądając kolejny odcinek ulubionego serialu, ale słowo się rzekło: w każdą niedzielę wsiadała w samochód, by zasiąść przy jednym stole z rodziną, wysiorbującą kluski z rosołu i próbującą przekroić kotleta tępym nożem. 

Także tamtej niedzieli usiłowała przełknąć niedogotowane ziemniaki, słuchając przy tym rodzeństwa upominającego swoje rozbawione dzieci. Ojciec charczał co chwilę znad kotleta a matka nawet z nimi nie usiadła, uganiając się w kuchni, mimo że miał to być przecież wspólny obiad. Choć jej siostrzeńcy wydzierali się solidarnie raz na parę minut, przy stole panowała cisza. Nikt nie wiedział, jak ma zagaić, a może po prostu część z nich zbyt zajęta była jedzeniem, a druga część upominaniem niesfornych dzieciaków.

Dłubała widelcem w ziemniakach i czuła, że jest jej niedobrze. Bynajmniej nie z powodu niestrawności potrawy – pomimo niedogotowanych ziemniaków obiad był smaczny – ale raczej z powodu niezręczności. Choć bardzo możliwe, że to sentyment i wspomnienia z dzieciństwa utwierdzały ją w przekonaniu, że obiad jej smakuje. Że to tylko jej kubki smakowe rozpoznawały smaki sprzed lat. Mariola ryknęła coś w stronę przepychających się siedmiolatków, ojciec zacharczał raz jeszcze, matka postawiła na stole dzbanek z kompotem, który z pewnością okaże się zbyt słodki, a Jacek wstał pospiesznie, by odebrać ważny telefon, jednocześnie rzucając groźne spojrzenie swojej nastoletniej córce, która zgarniała jedzenie do kieszeni. Na to wszystko zleciał się kundel jej rodziców, który natychmiast został poczęstowany schabowym.

Nalała sobie kompotu, dyskretnie odpisując na wiadomość pod stołem. Napój okazał się oczywiście zbyt słodki, skrzywiła się. Ojciec zacharczał ponownie i rzucił jej karcące spojrzenie znad talerza. Bliźniaki zaczęły dźgać się widelcami. Matka podeszła, by wygonić psa do innego pokoju i zapewnić Julię, że może zostawić resztę porcji.
– Kiedy deser? – krzyknął jeden z bliźniaków.
– Przestańcie się dźgać, na miłość boską! Irek! – odkrzyknęła z poirytowaniem siostra. – Odsuń się od Hirka, bo żadnego deseru nie będzie!

Bliźniaki przestały się szturchać widelcami, przekrzykując się pytaniem, kiedy będzie deser. Ojciec chrząknął, wstał, pozbierał talerze i ruszył do kuchni, wciąż chrząkając. Z tym jego charczeniem to zawsze była zagadka. Musi to robić przez suchość w gardle czy alergię, czy jest to po prostu jego nawyk?  Brat wrócił do stołu, gniewnie wciskając telefon do kieszeni marynarki. Jego córka Julka zaczęła płakać. Matka wniosła formę z parującym jeszcze murzynkiem, po czym podniosła się szybko i ruszyła do kuchni, mamrocząc coś o herbacie. Zastukała palcami o kolana, wpatrując się w swoje dżinsy. Od hałasów dzwoniło jej nieprzyjemnie w uszach; będzie musiała wziąć coś przeciwbólowego, gdy tylko wróci do siebie. Irek i Hirek rzucili się na ciasto, wydzierając sobie formę i jednocześnie ściągając ze stołu obrus. W sąsiednim pokoju rozszczekał się pies. Mariola uniosła wzrok znad SMS-a i warknęła gniewnie:
– No, bo następnym razem zostaniecie z ojcem! Proszę równo podzielić placek i dać kawałek każdemu!

Jacek poprawił obrus, wymamrotał coś o prawniku i wyszedł z pokoju. Julka rozryczała się na dobre, wycierając nos obrusem, na którym oprócz glutów zostawiła również błyszczyk i zsuwając go ponownie ze stołu. Ojciec wrócił, w ostatniej chwili łapiąc upadający dzbanek z kompotem. Chrząknął, postawił go na miejsce i wydarł bliźniakom talerz z kawałkiem ciasta, o który ci zdążyli się pokłócić. Po chwili wylądował przed nią kawałeczek placka, a jej siostra wstała gwałtownie. 
– Bardzo ładnie, chłopcy! – uznała, patrząc na ewidentnie nierówne kawałki pokrojone i porozdzielane przez siedmiolatków. – Muszę zatelefonować, to pilne. Miej na nich oko. – rzuciła w jej stronę i wyszła.

Pomyślała, że nawet nie wie, który to Irek, a który to Hirek. Chwilowo jednak zapanowała względna cisza, chłopcy pałaszowali deser, ojciec pochrząkiwał nad swoim talerzem, Jacek wrócił do stołu i również zaczął jeść. Matka weszła do pokoju z parującą herbatą, jakby pęcherze nie były już pełne po przesłodzonym kompocie. Wzięła dzbanek i ruszyła z powrotem w stronę kuchni. Najwyraźniej czas przesłodzonego wywaru z malin dobiegł końca. 

Mariola wróciła, usiadła i kulturalnie odkroiła maciupeńki kawałek z i tak już maciupeńkiego przydziału ciasta, jakim obdarowały go jej dzieci. Zagadnęła brata o jego rozwód, co spowodowało, że Julka rozpłakała się głośniej, trzasnęła talerzem i wybiegła z pokoju. Jacek powiódł za nią zniechęconym wzrokiem. Bliźniaki skończyły jeść i zaczęły się na nowo przepychać. Filiżanki z herbatą zatrzęsły się niebezpiecznie. Ojciec chrząknął raz jeszcze, upił łyk parującego napoju i wpatrzył się w bijące się dzieci. Jacek zaczął opowiadać siostrze o swojej sprawie rozwodowej, usiłując przekrzyczeć bliźnięta, przez co wzmogło się zawodzenie w sąsiednim pokoju. Pies zawył do wtóru szlochom. Skupiła się na siorbaniu herbaty, starając odciąć się od coraz to nowszych i coraz bardziej nachalnie bombardujących ją dźwięków.

Bliźniaki wywróciły filiżankę z wciąż gorącą herbatą, która oblała koszulkę Irka albo Hirka (nie można mieć pewności), powodując jego nagły kwik bólu. Mariola urwała w pół zdania konwersację z bratem, zerwała się, podbiegła do dzieci i szybkim ruchem ściągnęła z malca przemoczoną koszulę.
– No masz ci los! – krzyknęła. – A mówiłam, żebyście się nie przepychali! Wracamy do domu! – Chwyciła chłopców za rączki i zaczęła zaciągać w stronę wyjścia. – Mamuś, dziękujemy za gościnę, było pysznie! Pa pa, tato!

Ojciec chrząknął ponownie, dokańczając placek, po czym wstał i zebrał talerze. Jacek zerwał się i ruszył do pokoju, w którym wył pies i zawodziła jego córka. Ona tymczasem włączyła telefon i oparła się pewniej o krzesło. Kilka nowych wiadomości; ciekawe, co tam w mediach społecznościowych? Wrzaski Irka i Hirka po chwili ucichły, co oznaczało, że Mariola zdołała ubrać ich w identyczne kurteczki i zapakować do samochodu. 

W pokoju pojawił się jej brat, prowadzący za rękę opierającą się i chlipiącą Julkę. Za nimi do pokoju wbiegł wyraźnie uradowany pies, który od razu zaczął węszyć pod stołem.
– Jak możesz się tak zachowywać?! Co ty sobie wyobrażasz?! – krzyknął Jacek, szarpiąc córką. – Będziemy już wychodzić, tato! Do widzenia, mamo, było smacznie jak zawsze! A ty powinnaś przeprosić – syknął w stronę nastolatki, ciągnąc ją za nadgarstek w stronę drzwi.

Ojciec wrócił z kuchni i chwycił psa za obrożę. Matka pobiegła, by uścisnąć syna i wnuczkę. Wstała, również szykując się do wyjścia. Najwyższy czas. Wzywa kanapa, seriale, własne łóżko i cisza na żądanie. I oczywiście pyszne chińskie jedzenie, które zamówi sobie jeszcze tego dnia na kolację.
– Zaraz, a ty nie zostaniesz dłużej? Nie pomożesz matce naczynia pozmywać? – spytał ojciec przyjmując potępiający ton, wciąż pochylając się nad psem. 

Popędziła do drzwi. Serce łomotało jej w piersi. Czuła, że jeśli zaraz się stamtąd nie wydostanie, zostanie tam już na zawsze. Uwięziona z charczeniem, za słodkim kompotem, wrzącą herbatą, maciupeńkim kawałkiem murzynka, niedogotowanymi ziemniakami, schabowym na każdy obiad, płaczącą bratanicą i wrzeszczącymi bliźniakami. Wybiegła, na klatce schodowej wyprzedzając Jacka krzyczącego na córkę. Przeskakiwała po trzy schodki, goniona jej płaczem i gniewnymi słowami pouczenia. Gdzieś nad nią rozległo się charczenie i rozszczekał się pies.

Lekcje z wcielania się w Innego, czyli próba analizy "Miłości, śmierci i dojrzewania w Camp Miasma"

  Kiedy wyszłam z przedpremierowego seansu "Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma" nie byłam pewna, o czym ten film jest. Cho...