Kiedy wyszłam z przedpremierowego seansu "Miłość,
śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma" nie byłam pewna, o czym ten film jest.
Choć oglądałam go z zapartym tchem, zachwycona kolorem, grą aktorską i muzyką,
zaczęłam się przygotowywać na godzenie się z faktem, że być może jest to film o
niczym. Albo inaczej: że nie ma żadnego znaczenia, i jest tylko spiralą
absurdu, kampu i pożądania. Potem jednak, po ochłonięciu, przeczytaniu jednego
króciutkiego artykułu oraz kawałka dyskusji na Reddicie doszłam do wniosku, że
oczywiście, że ten film ma znaczenie. Bohaterowie mówią nam, o czym jest,
niemal wprost.
Tu też leży problem w niezrozumieniu przekazu i treści
filmu: widz nie jest raczej przyzwyczajony do tego, że bohaterowie mówią mu, o
czym jest to, co oglądają. Stało się to raczej domeną kiepskich produkcji, a
nie takich, które jak "Miłość, śmierć i dojrzewanie..." zdobywają
palmy na festiwalu w Cannes i mają niemal idealne oceny choćby na Rotten
Tomatoes (98%). Widz gotowy jest rozkodowywać znaczenia i doszukiwać się ich w
nieoczywistości, a tymczasem Schoenbrun zwodzi go, dając nam przesłanie
niemalże na tacy. Nie oznacza to, że film jest sam w sobie oczywisty. Nie
oznacza to, że powinniśmy bezkrytycznie ufać bohaterom. Według mnie testuje to
raczej uwagę odbiorcy i jego umiejętność na byciu w historii "tu i
teraz"; na obcowaniu z tym, co na ekranie, bez nadinterpretacji i
wybiegania w przód w kwestii znaczeń i symboli. Tylko dzięki uważności na
bohaterów, ich słowa i działania, uda nam się uchwycić to, o czym ten film w
ogóle jest.
"Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma"
opowiada o Kris (Hannah Einbinder), 29-letniej scenarzystce i reżyserce, której
głównymi zainteresowaniami jest przecięcie między queerowością i potwornością w
horrorze, szczególnie w slasherze. Kris dostała możliwość nagrania kolejnej
części filmu z serii "Camp Miasma", oryginalnie marzy jej się coś w
rodzaju "villain origin story": franczyza filmów o Camp Miasma to
typowe slashery klasy B, w których Mała Śmierć (Jack Haven) wychodzi z jeziora
i morduje zakochane pary, z reguły w trakcie aktu seksualnego. Najczęściej
przebija je włócznią. Kris, która od zawsze miała obsesję na punkcie slasherów,
a w szczególności tych o Camp Miasma, nawiązuje kontakt z Billy Pressley
(Gillian Anderson), aktorką która grała w pierwszej części "Camp
Miasma" 35 lat wcześniej. Obecnie jest koło 60-tki i nie gra. W zasadzie
porzuciła aktorstwo po nagraniu horroru, który Kris chce obecnie wskrzesić. Jak
się okazuje, Billy mieszka w starym Camp Tivoli, gdzie nagrywano oryginalną
wersję "Camp Miasma". Kris przyjeżdża, by zaproponować jej rolę -
epizodyczną, jak ustaliła ze studiem - i wtedy zaczyna się akcja.
"Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma" jest
pod pewnymi względami podobny do poprzedniej produkcji Jane Schoenbrun, "W
blasku ekranu". Oba filmy nawiązują to fikcyjnych dzieł kultury, wskazują
na znaczący wpływ filmów i seriali na życie bohaterów, zawierają sceny, w
których postacie oglądają te fikcyjne produkcje, które zresztą są kręcone na
potrzeby filmów. To niemalże struktura matrioszki, oglądamy bohaterów, którzy
oglądają w telewizji produkcję zrobioną na potrzeby filmu. Jednocześnie, te
zmyślone, wewnętrzne, "meta" produkcje nawiązują do faktycznych,
znanych nam dzieł. Według krytyków serial pokazany w "W blasku
ekranu" jest oczywistym nawiązaniem do "Buffy pogromczyni
wampirów", a z kolei "Camp Miasma" z jednej strony przypomina wiele
slasherów, jak i zdaje się powoływać na "Psychozę" Hitchcocka (debiut
reżyserski naszej głównej bohaterki, Kris, to retelling "Psychozy" z
perspektywy zasłony prysznicowej). Tak samo blendowana estetyka obu filmów daje
im specyficzny wygląd, typowy dla reżyserki. Pomieszanie faktycznych,
fizycznych planów z ręcznie malowanymi tłami, odważne w czasach beżu i błękitu
operowanie kolorem daje filmom niepowtarzalny, nieco oniryczny wyraz, choć
jednocześnie nie taki sam. "W blasku ekranu" jest bardziej neonowe,
senne, oślepiające, niemalże tłamszące, "Miłość, śmierć i dojrzewanie w
Camp Miasma" jest jasne, ale też rozmyte, operuje bielą, srebrem,
nasyconym błękitem. Schoenbrun jest w zasadzie podobna do swojej bohaterki,
Kris. Jest fanką kina. Nawiązuje do niego. Ma niemal akademickie podejście. Jej
perspektywa jest unikatowa. Jednak być może najważniejszym kluczem do
zrozumienia filmów Schoenbrun jest umiejętność wejścia w skórę innego. Nie
chodzi mi tu o zwykłą empatię, ale o możliwość spojrzenia na świat z
perspektywy wyobcowanej, z perspektywy "other". Jeżeli tego nie
zrobimy, nie zrozumiemy, co reżyserka chce nam przekazać przez dzieło, i
będziemy je widzieć jako groteskowe, dziwaczne, ale i niezrozumiałe.
A więc, o czym jest "Miłość, śmierć i dojrzewanie w
Camp Miasma"? Zacznijmy od historii złoczyńcy, czyli Małej Śmierci.
Mała Śmierć był dzieckiem na obozie w Camp Miasma. Był
nietypowym dzieckiem o nieokreślonej płciowości, który w wybrane dni tygodnia
chodził w dziewczęcych ubraniach, a w inne w chłopięcych. Jego rodzice są
opisani jako "hermafrodyci", którzy uciekli ze szpitala
psychiatrycznego stosując crossdressing jako kamuflaż, mieli dziecko i wymusili
na prowadzących obóz, by miało ono jedno łóżko w pokoju dziewczęcym, a jedno w
chłopięcym. Mała Śmierć umiera podczas pobytu w Camp Miasma. Pozostałe dzieci
prześladują je, a opiekunowie nie reagują. Ostatecznie, podczas zabawy w
jeziorze, przemoc wobec Małej Śmierci eskaluje i dzieci go topią. Sprawa
zostaje zakamuflowana, ale od tej pory trwa legenda, że Mała Śmierć mieszka w
dziurze na dnie jeziora i wychodzi, gdy jest głodny. Wtedy zabija ludzi na
terenie obozu włócznią, po czym wraca do jeziora. To opowieść o transfobicznej
przemocy, która doprowadza do tragedii, i której ofiara mści się na kolejnych
pokoleniach. Ale, jak to w slasherach bywa, musi być "final girl". Oryginalną
"final girl" jest Billy Pressley, która przeżywa.
Jak to bywa u Jane Schoenbrun, film i fakt zlewają się w
jedno, więc Kris szybko odkrywa, że wkraczając na teren, gdzie kręcono
"Camp Miasma", sama znajduje się w filmie z tej serii, lub że to nie
był film fabularny, tylko prawda, w zależności od tego, jak chcemy to
interpretować. Kiedy Mała Śmierć atakuje Kris i Billy, obie przeżywają. Aby
zrozumieć, o czym jest ten film, trzeba najpierw zrozumieć, dlaczego bohaterki
przeżyły.
Billy Pressley zmaga się z traumą, jaką pozostawiło w niej
kręcenie oryginalnego filmu "Camp Miasma". W trakcie filmu zwierza
się Kris, i choć nie wprost, sugeruje, że emocje, które widać na jej twarzy w
filmie nie były odegrane, lecz prawdziwe. W "Camp Miasma" postać
Billy traci dziewictwo z innym bohaterem, przez którego zostaje przymuszona do
seksu. Jest namawiana i przekonywana, aż ulega, mimo że tego nie chce. Jednak
presja ze strony społeczeństwa, poczucie obowiązku i tego, że "tak już
jest", że takie są zwyczaje, gdy jest się w Camp Miasma, powodują, że
ulega. Tym samym nie wyraża zgody, a jedynie ugina się pod namową. Billy
opowiada Kris o tej sytuacji w sposób, który sugeruje, że scena w filmie nie
była symulowanym seksem, lecz prawdziwym. I że to nie bohaterka odgrywana przez
Billy była namawiana, aż uległa, lecz sama Billy. To czyni jej pierwsze
doświadczenie seksualne gwałtem, z którym do tej pory nie może się pogodzić,
mimo że minęło aż (albo tylko) 35 lat.
Kris odczuwa wiele wstydu wokół seksu i seksualności. Jest
osobą, dla której jej wizerunek jest niezwykle ważny. Kris używa zaimków
ona/ich (w oryginale she/they), ma niebinarną osobę partnerską, z którą
pozostaje w związku poliamorycznym. Jest więc osobą żyjącą niezwykle nie
cisheteronormatywnie. Jak Kris wyznaje Billy, ma problemy z orgazmem, o ile nie
doprowadzi się do dysocjacji. Musi być myślami bardzo daleko. Konkretnie, aby
uzyskać rozkosz musi wyobrazić sobie, że jest bohaterką slasheru, że stoi nad nią
morderca, że to właśnie z mordercą uprawia seks. Kris czuje z tego powodu
ogromny wstyd. Jak wielokrotnie mówi na przestrzeni filmu, te slashery są
bardzo męskocentryczne, często wręcz mizoginistyczne, a ona dochodzi jedynie do
fantazji o penetracji, czyli do fallocentrycznej, (zazwyczaj) heteronormatywnej
wizji. Nie pomaga jej też fakt, że zdała sobie sprawę ze swojej queerowości
właśnie podczas i poprzez oglądanie tych seksistowskich slasherów (określa je
jako tzw. "queer awakening"). Kris jest osobą, dla której jej własne
poglądy polityczne, poprawność polityczna i wizerunek jako osoby queerowej są
niezwykle ważne, dlatego wstyd otaczający jej fantazje powstrzymuje ją przed
doświadczaniem przyjemności, zmusza ją do nieszczerości i na dłuższą metę, do
cierpienia.
Zmagania wewnętrzne Kris są bardziej typowe, niż może się to
wydawać. Wiele osób queer czuje, że musi być w jakiś sposób reprezentatywne dla
swojej grupy, że musi być "idealną osobą niehetero". Nie ma jednak
kogoś takiego. To, że Kris odkryła swoją seksualność przez mizoginistyczne
filmy nie czyni jej gorszą osobą queer, bo nie ma żadnych "dobrych"
czy "złych" źródeł odkryć własnej tożsamości. To się po prostu
wydarza, nie jest to coś, co jest wyborem konkretnej osoby.
Kiedy Kris rozmawia z Billy, mówi jej, że została wybrana do
wskrzeszenia "Camp Miasma", bo studio myśli, że może coś jeszcze z
tego wycisnąć, ale w tym celu potrzebują kogoś "woke", bo w obecnych
czasach te filmy nie przyjmą się w oryginalnej formule. Kris jest niemal pewna,
że została zatrudniona, by wprowadzić do filmu bardziej różnorodnych bohaterów,
by wcisnąć tam choćby siłą reprezentację LGBTQ+ (i potencjalnie jakąś inną),
tylko że Kris nie do końca tego chce. Kris kocha te filmy, jakkolwiek jest to swego
rodzaju "guilty pleasure", ale podchodzi do nich również akademicko.
Kris nie jest reżyserką, która zrobi reprezentację tylko po to, by nikt się nie
przyczepił, ona zdekonstruuje cały film, zmieni jego optykę, bo Kris nie może
inaczej postąpić jako bohaterka.
Powróćmy więc do pytania, dlaczego zarówno Billy, jak i Kris
przeżywają atak Małej Śmierci?
Billy tłumaczy Kris, jak go przetrwać. Mówi, że musi
dostrzec całą scenę oczami Małej Śmierci, tak jak pracuje kamera w oryginalnym
filmie "Camp Miasma". Najpierw ujęcie na parę w łóżku, potem
perspektywa Małej Śmierci, jakby to ona operowała kamerę, kiedy idzie po
schodach i zbliża się do swoich ofiar.
Billy i Kris przeżywają, bo potrafią postawić się w pozycji
Małej Śmierci. Są w stanie zrozumieć Małą Śmierć. Jedną rzeczą jest tu ich
zdolność do empatii i wyobraźnia, inną są ich własne doświadczenia:
doświadczenie queerowości, doświadczenie traumy, doświadczenie wstydu. Billy
nie boi się Małej Śmierci. Kris boi się, czy uda jej się przeżyć, ale od
początku swoimi wypowiedziami sugeruje, że współczuje Małej Śmierci i że jej
przedstawienie jest w zasadzie transfobiczne.
Filmy Jane Schoenbrun to horrory o byciu innym. O
doświadczeniu wyobcowania w świecie, który jest groźny, o niedopasowaniu do
grupy, o cierpieniu. "W blasku ekranu" jest dość jasnym przykładem
tłamszenia własnej queerowości (najprawdopodobniej transpłciowości, choć w
mojej opinii można to rozumieć szerzej), opowiada o odwadze, jaką jest nie
tylko coming out, ale może przede wszystkim coming out przed samym sobą.
Zauważa też rolę seriali i ogólnej popkultury nie tylko w odnalezieniu siebie,
ale też w eskapizmie od rzeczywistości. "Miłość, śmierć i dojrzewanie w
Camp Miasma" opowiada o przezwyciężaniu traumy i wstydu, często związanej
z queerowym doświadczeniem, o seksie (jak mówi Billy, "Camp Miasma"
jest o "seksie i płynach ustrojowych"), ale też o zdolności do
empatii i postawienia się w butach osoby wykluczonej, osoby prześladowanej,
osoby zamordowanej przez swoją inność. I nadal podkreśla rolę popkultury, nawet
tej z perspektywy czasu problematycznej, w kształtowaniu się queerowej
tożsamości. Być może dlatego, że dzięki filmom i serialom mamy szansę zobaczyć
perspektywę innego.
Poza tym, nowy film Schoenbrun jest momentami szczerze
zabawny i bardzo intencjonalny. Billy szykuje na kolację pieczonego kurczaka,
który po cięciu zmienia się w skrzydełka z KFC, które kobieta w sposób
dziwaczny i nienaturalny rozkłada na talerzu. Kris zauważa na głos, że teraz
powinien nastąpić jumpscare, ale zamiast tego Billy spokojnym krokiem wchodzi
do pokoju. Kobieta w stroju w stylu goth, z irokezem na głowie (Eva Victor), na
każdym kroku podkreśla to, jak skrajnie dziwna i niezrozumiała jest Mała
Śmierć. Całość jest przedziwną, barwną, wielowątkową zabawą, od której nie
można oderwać wzroku. Kamera w niektórych momentach pracuje bardzo ciekawie,
buchająca krew jest absolutnie groteskowa, tworząca kampowy klimat, nawet
odcięta głowa jednego z pobocznych bohaterów daje nam znaki życia wiele godzin od
oddzielenia od tułowia.
Pozostaje kilka pytań. Jednym z nich jest, czy film jest
metanarracją. Jeśli chcemy wierzyć, że to, co mówią nam postacie, jest prawdą,
to nie jest. Kris w jednej scenie co najmniej trzy razy mówi, że jej film nie
będzie metanarracją. A że krytycy dostrzegają w postaci Kris samą reżyserkę, to
pewnie i "Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma" nie jest
metanarracją. No, chyba że w tej kwestii Kris kłamie lub jest niewiarygodna.
Drugim, być może istotniejszym pytaniem, które celowo pozostawiam tu bez
odpowiedzi i jako finalną myśl, jest: czy naprawdę to Mała Śmierć jest tutaj
złoczyńcą?