piątek, 26 czerwca 2026

Dziewczyńskość, albo: nie chcę być dorosła

 Moje 24 urodziny przeszły bez echa, i dla mnie, i dla wszystkich innych, jednak kilka tygodni po nich coś się wyraźnie zmieniło - zaczęłam odczuwać pewną dojrzałość. Było to dla mnie uczucie nowe i dotychczas zupełnie nieznane. Postrzegałam siebie raczej w kategoriach dziewczyńskości, nie odczuwałam nijak dorosłości, mimo że od lat mogłam spożywać alkohol czy palić papierosy, gdybym tylko zechciała. Miałam też tytuł licencjata, zdobyty w wieku 22 lat, ale nijak mnie on nie udoroślił, nadal czułam się jak nastolatka.

Nie przeszkadza mi to uczucie i nie przeszkadzało, nie sądziłam jednak, że mogę funkcjonować w sferze poczucia dojrzałości. To coś dla mnie niezrozumiałego. Jak bowiem można być dorosłym? Przedziwna sprawa. Zupełnie obca i niezachęcająca. Poniekąd arbitralna.

Co jakiś czas łapię się na tym, że moje postrzeganie świata i myślenie jakoś odstaje od ogółu. Za każdym razem mnie to dziwi, ale tylko umiarkowanie, bo jednak gdzieś tam się tego spodziewam. Chwilowo zachłyśnięta oczywistością mojej myśli czy spostrzeżenia, odkrywam albo, że jest zwykła i powszechna, albo że jest przedziwna i nikt tak nie uważa, ale nie dziwna w sensie odkrywczym, a raczej w sensie takim, jaki implikuje moje szaleństwo, czy chociaż niedorzeczność. Jakiś czas temu, podczas podróży, zaobserwowałam, że niebo w Czechach jest znacznie niżej, niż w Polsce, a w Austrii, to już w ogóle, niebo wydaje się być nieskończenie wysokie. Zapytałam więc mojego przyjaciela, wielbiciela czeskiej Pragi, czy według niego niebo w Czechach również jest niższe. Odpowiedział jednym słowem: "Nie". Ach tak, spodziewałam się tego, mając jednocześnie nadzieję, że może jednak inni też to dostrzegają. Wyszło jak zwykle, czyli mam dziwne myśli, za którymi nikt nie nadąża, a jeśli nadąża, to uważa je za niedorzeczne lub zwyczajnie dziwne. Z drugiej strony, mój przyjaciel jest najbardziej konkretną i pragmatyczną osobą, jaką znam, więc możliwe, że jego zdanie na temat wzniosłości sklepienia niebieskiego nad Czechami nie jest tym popularnym.

Wydaje mi się, że moje podejście do własnej dojrzałości może być, potencjalnie, nieco popularniejsze. Rodzice mi mówili, że wraz ze skończeniem 18 lat człowiek nie zaczyna magicznie czuć się inaczej i nagle odczuwa dorosłość w sposób znaczy czy oczywisty. Jasne, jest to zrozumiałe. Głupia data urodzin, jednego dnia masz lat 17, a kolejnego 18, będąc nadal w szkole średniej, więc wiele to nie zmienia. Ja byłam w 2 klasie liceum i choć korzystałam z niektórych korzyści dorosłości, to nadal byłam w końcu nastolatką. W tym czasie jednak, pomiędzy 18 a 24 rokiem życia, minęło 6 lat. Zdążyłam skończyć liceum, zrobić licencjat oraz być już na finiszu magisterki - gdy to piszę obronę mam za dwa tygodnie. I dopiero dwa tygodnie temu, a więc miesiąc przed obroną, zaczęłam powoli zdawać sobie sprawę z faktu własnej dorosłości w sposób nieprzyjemny i stresujący. Bynajmniej dlatego, że coś się wydarzyło. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Obrona pracy magisterskiej zdaje się być podobna do obrony licencjatu sprzed dwóch lat. Nadal nie mam prawa jazdy. Jak co roku, szukam pracy na wakacje albo i na dłużej. A jednak spoczęła mi na barkach jakaś przycupnięta panika, że to już, że jestem dorosłym człowiekiem.

Można by chyba zrzucić to na karb ostatecznego końca studiów, gdyby nie to, że sama ubiegam się o przyjęcie na kolejną magisterkę, bo moje akademickie marzenia nie zostały jeszcze zaspokojone. Jedyną zmienną jest to, że trudno powiedzieć, czy studia drugiego stopnia się otworzą, bo to filozofia: osób mało, nikt nie chce myśleć, każdy pragnie być głupi, a jak kierunek studiów w sposób oczywisty nie wpisuje się w wymogi kapitalizmu, to staje się nieatrakcyjny. Może to właśnie przez to: poczucie, że lata studenckie już za mną, ta dorosłość zstąpiła na mnie jak anioł z niebios.

Nie, żeby moje lata studenckie były jakieś typowo studenckie, imprez nie wiele (bo po co? Po skończeniu 20 lat zaczęłam mieć kaca, a nie lubię go mieć), działalność na uczelni? Owszem, jak najbardziej, ale nadal towarzyszyło mi uczucie, że marnuje moje lata studiów, że nie korzystam z nich tak, jakbym mogła. Oczywiście racjonalność zaraz dochodziła do głosu: robiłam to, co chciałam. Żyłam zgodnie z sobą, własnymi potrzebami i pragnieniami. Po co zazdrościć innym, jeśli faktycznie nie pragnie się tego samego, a jedynie ma się poczucie bycia odstępstwem od normy? Kimś, kto zamiast po lekcjach iść do estetycznej kafejki ze znajomymi na wspólną naukę zasuwa do domu na obiad? Życie to nie jest serial lub Instagram, a ja nie jestem postacią emblematyczną dla estetycznych studenckich przeżyć. Mam za to swoje własne. Możliwie bardziej typowe, niż mi się zdaje.

W każdym razie, zawsze zdawało mi się, że moje poczucie dorosłości i dojrzałości jest raczej w normie w stosunku do moich rówieśników, przynajmniej tych, którymi się otaczałam. Nie przypominam sobie, bo ktoś mówił o tym, że jest dorosły, a raczej o zagubieniu i poczuciu ciągłej nastoletniości. Może to o tym piszą autorzy skupiający się na tematyce coming of age, czy na problematyczności lat 20-tych (czyichś własnych, nie stulecia). Limbo między dzieciństwem a dorosłością, w której nikt nie wie, kim jest, z jednej strony popija drinka w klubie o północy, z drugiej chciałby w weekend pograć w gry komputerowe i boi się, czy nie zwolnią go z pracy na pełen etat, gdzie pracuje na umowie zlecenie. To wszystko sugeruje, że w tym przypadku moje uczucia nie są aż tak odbiegające od normy, czyli są zwyczajne i mało odkrywcze.

Bardzo lubię muzykę Olivii Rodrigo, mimo bolesnej heterseksualności tematycznej. Słowa pisze, w mojej opinii, dobre, a piosenki często uderzają właśnie w tę młodość, albo wręcz, w dziewczyńskość. Sama piosenkarka zresztą ma taką estetykę. Sukienki, podkolanówki, martensy, graficzne tiszerty. Jej pierwsze albumy operowały liliowym kolorem, wykorzystywały choćby naklejki jako część dekoracji. Nic dziwnego, pierwszy album Olivia wydała będąc jeszcze nastolatką. Ilekroć jednak ja, 24 letnia kobieta, łapię się na lubieniu muzyki Rodrigo trochę za bardzo, zaczynam się czuć nie na miejscu. Mam wrażenie, że to nie jest dla mnie, że jestem zbyt dorosła, by te utwory szczerze lubić. Tylko, że...Olivia Rodrigo jest ode mnie młodsza o rok. Jeden rok. A nadal epatuje dziewczyńskością, nastoletniością, choć ma już 23 lata. Czy jeśli jej wolno, to mi też? A jeśli tak, to czemu słuchając jej muzyki często odnoszę wrażenie, że jestem na nią za stara? Czy 24 lata to jakaś magiczna granica? Ostatni album Rodrigo, wypuszczony kilka tygodni temu, jest dojrzalszy w porównaniu do poprzednich. Okładka jest młodzieńcza, ale nie młodzieżowa. Piosenki mają równie piękne teksty, są dobre muzycznie. Tematykę mają podobną. Niespełniona miłość, bolesne rozstanie. Mimo ogólnego poczucia większej dojrzałości "You seem pretty sad for a girl so in love", nadal całość albumu jest w gruncie rzeczy dziewczyńska. W teledysku do "stupid song" Rodrigo ma na sobie bluzę oversize i wysokie buty typu glany. W innej scenie na pasiastą bluzkę z długim rękawem ma nałożony graficzny tiszert oversize. W teledysku do "drop dead" można ją zobaczyć w różowo-niebieskiej sukience z falbankami. Rzadko kiedy widzi się na niej makijaż (na pewno jakiś ma, lecz tak subtelny, że w zasadzie widz nie wie, że on tam jest). Owszem, choćby w teledysku do "cure" makijaż Olivii jest bardziej zaznaczony, ale już gdy popatrzymy na występy na żywo czy wywiady na you tube, piosenkarka prezentuje się młodo, dziewczęco. Ubrana zgodnie z trendami dla nastolatek, z reguły z czystą twarzą i rozpuszczonymi włosami.

I przychodzę ja, zaledwie rok starsza, nigdy nie nosząca makijażu, zwykle w ubraniach oversize, ale czasami też w bardzo "dziecięcych" stylach i mam wrażenie, że muzyka Olivii nie jest dla mnie, mimo że bardzo mi się podoba. Dlaczego?

Moich 24 urodzin w zasadzie nie świętowałam. Poszłam jednak na miasto z moim przyjacielem, który ma urodziny dzień przede mną. Wspólny urodzinowy wypadzik. Najpierw poszliśmy zjeść w koreańskiej restauracji inspirowanej cyberpunkiem i z jego estetyką, potem poszliśmy do nowo otwartej arkady gier rodem z lat 90-tych. Okazało się, że z bilecików wygranych w arkadzie dostałam pierścionek, tandetny różowy kwiatek, który mruga światłem po włączeniu. Pamiątka niczym z wiejskiego festynu lub odpustu, wiem to, bo na takich bywałam. Tamtego dnia miałam na sobie spodnie w serduszka, chustkę na głowę w bażanty oraz cztery różne naszyjniki, wszystkie z dużymi, kolorowymi koralikami. Niemal podskakiwałam z radości na widok tego pierścionka, choć to przecież totalna głupotka. W moim infantylnym stroju i z infantylnym pierścionkiem na palcu szłam z moim przyjacielem dalej i byłam bardzo podekscytowana, możliwie, że tym pierścionkiem nawet bardziej, niż prezentem, który wcześniej dostałam, choć trochę głupio to przyznać.

Widziałam gdzieś w internecie, że kobiety na spektrum autyzmu często odbierane są jako infantylne, młodsze niż są, że mają "dziecięce" zainteresowania lub estetykę. A i owszem, kolekcjonuję pluszowe zwierzątka. Co do estetyki, to jej nie mam. Jak mój inny przyjaciel podsumował, mój styl wygląda tak, jakbym wpadła do szafy współdzielonej przez trzy osoby. I chyba tak jest. Z jednej strony mam moje infantylne outfity, przystrajanie koralami dla dzieci, spodnie w serduszka, wzorzyste topy, bluzki z żabkami albo postaciami Disneya, spodenki na szelkach w jaskrawo pomarańczowym kolorze. Z drugiej strony moje "grunge'owe" rzeczy, czarne tiszerty, masa ubrań oversize, spodnie typu "cargo". Z trzeciej, mój najnowszy styl: koszule, krawaty, spodnie garniturowe, marynarki. Bywa, że w jeden tydzień mam na sobie ubrania z wszystkich trzech kategorii. No więc kim ja w końcu jestem? Jak to jest, że jednego dnia z podekscytowaniem biegnę do sklepu, bo wreszcie mam pieniądze na upatrzonego już dawno pluszowego misia, a kolejnego dnia z zafascynowaniem słucham podkastu Dziennika Literackiego?

Właśnie w podkaście Dziennika Literackiego usłyszałam fascynującą rozmowę o dziewczyńskości. Oczywiście zadawałam sobie sprawę, że girlhood istnieje, w mediach, zwłaszcza anglojęzycznych, jest go na pęczki, przesiąkł już z idei do kapitalizmu i wolnego rynku. Mi osobiście kojarzy się z kolanami pokrytymi brokatem tam, gdzie byłyby otarte, jakie to zdjęcia często wyświetlają mi się na pintereście. Po przesłuchaniu tego odcinka podkastu, a w zasadzie nawet w trakcie słuchania, zdałam sobie sprawę, że jeśli otworzy się magisterka z filozofii, to chciałabym pisać o dziewczyńskości, a nie o tym, o czym dotychczas zakładałam. Dziewczyńskość jest czymś naraz fascynującym jak i bliskim, czymś co podczas zgłębiania tematu daje poczucie swoistej ulgi, bo czuje się, że wreszcie ktoś ubrał w słowa to, o czym się samej myślało od dawna. Bardziej się identyfikuję z dziewczyńskością, niż z kobiecością, ale mam 24 lata, więc nie wiem, czy mi tak wolno. Trochę się boje tego, że jednak nie wolno, bo nie wiem, co mi wtedy pozostaje.

Jestem osobą, która uwielbia szarość, można by rzec, że dzieckiem postmodernizmu. Uwielbiam nieoczywistość, uwielbiam złożoność i zagmatwanie, kocham brak prostych odpowiedzi lub westchnienie i "to zależy". Lubię skomplikowanie i sprzeczności i wielowątkowość. Nie lubię rzeczy, które są jakieś i tyle, nie lubię nadmiernego domknięcia, lubię pływać w świecie i się mu ostrożnie przeglądać, dźgać palcem to tu, to tam, i myśleć, co jeszcze z niego wypłynie. Jakkolwiek moje wewnętrzne sprzeczności i niepewności powodują u mnie stres, tak jednak przyczyniają się do kreatywności, do bycia twórczą, do zastanawiania się i otwierania ust w niedowierzaniu, gdy jakiś puzzel wskoczy na swoje miejsce.

Kim jestem? Nie wiem, wieloma rzeczami, i wiele z nich mogę nazwać lub opisać, choć nigdy nie czułam się osoba dorosłą i dojrzałą i do tej konkretnej rzeczy czuje raczej niechęć. Nie chcę, by mi się tu wciskała i panoszyła, nie tyle przeraża mnie tym, że jest, a tym, że wydaje się być okropnie nudna i żmudna i że wiaże się z utratą. Z utratą mojej własnej dziewczyńskości i młodości. Nie wiem, czy w miejsce bycia dziewczyną chcę zaadoptować bycie kobietą. Choć kocham płynność, kocham też moją wewnętrzną sprzeczność: tej rzeczy nie chcę akurat zmieniać.

Zapewne można powiedzieć, że to dobrze zresztą opisany lęk przed wolnością i może tak jest. Trudno czasem rozszyfrować samą siebie. W międzyczasie jednak zamierzam cieszyć się wakacjami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziewczyńskość, albo: nie chcę być dorosła

 Moje 24 urodziny przeszły bez echa, i dla mnie, i dla wszystkich innych, jednak kilka tygodni po nich coś się wyraźnie zmieniło - zaczęłam ...