Ściany były dziwnie nijakiego koloru, za oknami nic nie
było, ogółem wszystko wokół otoczone było niczym, co było o tyle dziwne, że
trudno w sumie powiedzieć, co to jest nic. Zdecydowanie jednak czuła, że tak by
wyglądało. Podążyła za kolejką. Za czym stała kolejka, nie wiedziała, ale
wydawało się, że innej drogi nie było, więc swoje należało odstać. Przed nią
stało sporo ludzi, za nią też się zaraz zaczęto ustawiać. Nikt nic nie mówił,
tylko patrzyli po sobie dziwnie, niepewni.
– Przepraszam, po co ta kolejka? – Ktoś w końcu zapytał.
Ludzie zaczęli się po sobie rozglądać, rozległy się szmery, wielkie
oczy i rozdziawione usta. Patrzyła się na nich, licząc, że ktoś odpowie na
cudze pytanie, ale nikt nie odpowiedział. Kolejka przynajmniej posuwała się
szybko. Nie dosłyszała o czym była mowa, ale ludzie pochylali się lekko nad
okienkiem lub stawali przed nim na palcach, lub zbliżali do niego usta, coś tam
mamrotali i odchodzili w prawo lub w lewo. Samo okienko nie było nijak opisane,
wyglądało jak okienko z urzędu, i w niektórych czekających wywoływało
frustrację czy ogólne poirytowanie. Za okienkiem na krześle obrotowym siedziała
kobieta w bliżej nieokreślonym wieku z fryzurą taką, jakiej byśmy się
spodziewali po urzędniczce. Wyglądała na znudzoną, w palcach obracała długopis,
którego końcówką stukała w klawiaturę.
W końcu nadeszła jej kolej i tak stanęła przed okienkiem. Odchrząknęła,
aż kobieta zwróciła na nią spojrzenie spode brwi i znad okularów.
– Kim pani jest? – Zapytała w końcu.
– Yyyyyy – wyjęczała tylko a potem zaczął jej się trząść podbródek,
a usta zaczęły otwierać mimo, że z całych sił chciała utrzymać usta zamknięte.
Urzędniczka westchnęła głośno, przewróciła oczami i
ostentacyjnie wystukała coś na klawiaturze, bardzo hałaśliwie, co jakiś czas
mierząc ją oceniającym i znudzonym wzrokiem. Marszczyła czoło tak bardzo, że na
pewno będzie mieć zmarszczkę jeszcze przed końcem zmiany.
– Kolejna… - wymamrotała urzędniczka, po czym odchrząknęła i
znudzonym głosem dodała – proszę iść w prawo za fioletową linią na podłodze aż
dotrze pani do pokoju numer 35 i tam wejść, nie ma potrzeby pukania.
– Co jest w tym pokoju? – wydukała jeszcze, ale urzędniczka
zaczęła już krzyczeć „następny”.
Obróciła się w prawo, z braku lepszych pomysłów, w końcu
była nigdzie i po tej przestrzeni nie umiała się, bez instrukcji, poruszać; i
po zidentyfikowaniu grubej, fioletowej linii, ruszyła wzdłuż niej. Po kilkunastu krokach (nie
liczyła, ale tak jej się zdawało, że tyle ich było) zorientowała się, że
fioletowe linie są dwie, jedna ciemna, a druga jasna. Zatrzymała się na chwilę,
skołowana. Minęło ją kilka osób pewnie idących po ciemnofioletowej linii, więc
w ostateczności ruszyła za nimi. Wolała się nie zgubić ani nie zapędzić samej w
nicość. Szła, pilnie wpatrzona w fioletową linię i własne stopy, obute w
trampki Vans i różowe skarpetki, aż z impetem zatrzymała się na plecach osoby
przed nią. Mężczyzna, łysy i w średnim wieku, rzucił jej rozgniewane
spojrzenie.
Osoby rzuciły po sobie spojrzenia, aż w końcu kobieta w
wieku matczynym pokręciła głową z dezaprobatą, obciągnęła niżej podomkę i
zastukała w drzwi numer 35, przed którymi najwyraźniej wszyscy zatrzymali się
na sobie niczym domino. Zza drzwi rozległo się stłumione „proszę”, więc matka
otworzyła drzwi i wszyscy wlali się do środka. W środku stało pięć biurek, znad
których wzrok uniosło pięciu urzędników.
– No niech mnie, zaraz szlag mnie trafi – zza jednego z biurek
wstał mężczyzna w przepoconym garniturze. – Renatka was przysłała? – Oni tylko
mrugali i patrzyli się po sobie, bo kto to wie? Renatka nie miała plakietki z
imieniem. Mężczyzna zdecydowanym krokiem podszedł do telefonu z zakręconym
kablem i tarczą i wykręcił numer. Wydawał się być zagniewany, bo za pierwszym
razem się pomylił i telefon nie zadzwonił nigdzie – Renata! – Wrzasnął w końcu
słuchawkę - co ty znowu odwalasz?! Ile
razy ci mówiłem, że masz rozróżniać linię purpurową od liliowej! Myślałem, że baba
to się na kolorach zna – słuchał przez chwilę – zaraz jakiegoś geja zatrudnię
na twoje miejsce. Gdzie mi do HR wysyłasz przybłędy…to jest – zerknął na nas zmieszany
– petentów. Co mam z nimi zrobić? Dać im pracę? – Pokręcił głową, gdy Renata
mówiła coś, lub krzyczała, po drugiej stronie. Z słuchawki wydobywał się
jedynie bliżej nieokreślony szum. – Przyrzekam na wszystkie świętości tego
świata, jeszcze raz powiesz „fioletowy”, to cię zwolnię bez odprawy i wpiszę
naganę za błazenadę w robocie! Doprawdy! – Odłożył słuchawkę. – Proszę stąd
wyjść i iść za liliową linią, absolutnie nie za purpurową.
Wszyscy odwrócili się i wyszli, pomrukując coś pod nosem.
– Przepraszam – ona nie wyszła.
– Co jeszcze? Pani nie wie co to za kolor liliowy?
– Przecież to jest pokój 35. Tak jak miało być.
– Tutaj jest wiele pokoi 35. – Zapewnił mężczyzna – proszę sobie
tym nie zaprzątać głowy, tylko iść za liliową linią.
– Co to za miejsce?
– Urząd, nie widzi pani? Proszę wyjść – kiedy wychodziła z
pokoju numer 35 rozległo się jeszcze – Oleńko, pokaż mi akta Renaty…grabi sobie…
Szła niepewnie po liliowej linii, niepewna co to za urząd –
tych w końcu jest wiele – ani co niby miała w nim załatwić. Jednak, nie było w
zasięgu jej wzroku żadnego wyjścia, a nawet gdyby było, nie wiedziałaby, gdzie
ma się udać. Dreszcz przeszedł jej po plecach gdy uświadomiła sobie, że nadal
nie zna odpowiedzi na pytanie, kim jest, więc tylko dreptała przed siebie,
niepewna. Zgubiła już grupkę, na którą wcześniej wpadła, ewidentnie im się
spieszyło. Usłyszała przed sobą dziwny dźwięk i zobaczyła, że to łysy
mężczyzna, który przedtem próbował ją skarcić wzrokiem, wyszedł z pokoju numer 35
i poszedł wzdłuż innej kolorowej linii.
W kilku susach dopadła do drzwi i zapukała, po czym weszła.
Przy drzwiach czekała na nią staruszka. Była tak niska, że musiała zgiąć się w
pół, by dostrzec pomarszczoną twarz babuleńki, która rozpromieniła się ciepłym
uśmiechem, zupełnie niepodobnym do tych prezentowanych przez osoby z jej
profesji.
– Witam, rozumiem, że nie wie pani, kim pani jest? – zapytała.
Ona rozdziawiła tylko usta i wciągnęła powietrze, bo już
sama nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć i nadal czuła się zaskoczona swoją
sytuacją, jakakolwiek sytuacja to była, bo tego też nie wiedziała.
– Ach, proszę się nie martwić – uśmiechnęła się jeszcze
szerzej, jakby policzki ktoś jej naciągał od tyłu – proszę wejść za tę kurtynę
i poprzeglądać się w lustrach. Może coś się pani przypomni.
Staruszka lekko popchnęła ją w stronę zasłony, więc weszła za
nią. Cały pokój był lustrami. Było tam każde lustro, jakie człowiek może sobie
wyobrazić, w każdym kształcie, z każdej epoki, nad lustrami i pod nimi różne
oświetlenie, nawet na podłodze były lustra i były też lustra zniekształcające,
a przynajmniej tak sądziła z ich wywieszonego obok opisu, bo…żadnych odbić nie
było. Zaczęła się obracać jak szalona i macać po brzuchu i klepać po rękach i
udach i tupać stopami. Patrząc w dół, widziała się na pewno. Ręce w rękawach
czarnej bluzy, dramatycznie rozedrgana klatka piersiowa, nogi w dżinsach,
różowych skarpetkach i butach Vans, na głowie ma włosy, jak sugerują chwytające
się za nią palce, ale raczej krótkie, bo nie jest w stanie przeciągnąć kosmyka
tak, by go zobaczyć choćby kątem oka.
Wybiegła stamtąd przerażona, ale staruszka chwyciła ją mocno
za ramiona. Cała się trzęsła.
– Biedactwo! – Skwitowała staruszka – pocieszyłabym cię, ale
mam teraz przerwę obiadową. No cóż. Przykro mi. Podążaj za czerwoną linią, aż
do pokoju 117B.
Wyszła stamtąd, zszokowana i roztrzęsiona, i ruszyła za
czerwoną linią. Szła, oddychając tak, jakby ktoś ściskał ją jak puszkę po napoju,
a w oczach jej się dwoiło i troiło, i nie wiedziała, czy to przez
roztrzęsienie, czy przez łzy.
Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim
pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani
jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani
jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani
jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani
jest? K im pa ni j est?
Nabrała kilka głębokich wdechów. Zatrzymała się i przyjrzała
liniom. Obok jej linii biegła druga, równolegle, przynajmniej tak daleko, jak
oczy widziały. Obie były czerwone. Przetarła powieki. Teraz obie wydawały jej
się zielone. Mrugnęła i obie były czerwone. A potem zielone. I tak w kółko.
Stała w miejscu, bojąc się ruszyć, jakby jej ktoś przykleił w miejscu stopy. Rozejrzała
się rozpaczliwie, ale nikogo nie widziała w zasięgu wzroku, tylko rozmyte, obłe
korytarze bez drzwi i bez oznaczeń i ogólny brak koloru czy jakichkolwiek cech
szczególnych. I niemożność zboczenia ze ścieżki wyznaczanej przez linie,
problem tylko, że teraz sama już nie wiedziała, która to jej linia. Czy obie
były czerwone? Czy jedna była czerwona, a druga zielona? A może obie były
zielone? I dlaczego ona tego nie wiedziała? A skoro tego nie wiedziała, to jak
miała podążać za czerwoną linią?
– Cześć! Chcesz pograć ze mną w klasy?
Przed nią stała mała dziewczynka, miała dżinsowe spodenki,
białą koszulkę i kokardę we włosach, jakby ktoś ją ubierał na inną okazję, ale
w połowie zmienił zdanie.
– Co ty tu robisz?
– Bawię się. Gram w klasy. Byłoby fajniej, gdybym miała z
kim grać. – wskazała za siebie, i faktycznie, obok linii rozrysowane były pola
do gry w klasy.
– Wiesz, która linia
jest czerwona?
– Oczywiście, że wiem – dziewczynka roześmiała się, jakby to
pytanie było najzabawniejsze na świecie – nie mam pięciu lat.
– No tak, wiadomo – starała się uspokoić oddech. – A ile
masz lat?
Dziewczynka wyciągnęła przed siebie obie rączki i starannie,
palec po palcu, rozprostowała ich sześć.
– I jesteś tu sama? – Rozejrzała się po korytarzu.
– Haha, nie – dziewczynka schowała odliczone palce i
położyła piąstki na biodrach – przecież chodzą tędy inni ludzie.
Miała wrażenie, że zdecydowanie rozdziawiła znowu usta, więc
zamknęła je i głośno przełknęła ślinę.
– Hmmm – mruknęła, myśląc intensywnie – chcesz się ze mną
przejść po czerwonej linii do pokoju 117B?
– Może później, jeśli zagrasz ze mną w klasy – skwitowała i
wróciła do zabawy, z wprawą przeskakując z kwadratu na kwadrat.
Wpatrywała się w buty dziewczynki, białe, eleganckie, takie
jakie ubrano by jej do pierwszej komunii. Na pewno niewygodnie się w nich
skakało.
– Okej, niech będzie – uznała.
Skakały, raz jedna, raz druga. Dziewczynka zdecydowanie
wygrywała. Podeszwy jej eleganckich bucików odbijały się echem w korytarzu,
zupełnie inaczej, niż gdyby miała na sobie obuwie sportowe. Mimo to pokonywała
ją, w trampkach Vans.
Grały zawzięcie i niemal bez słowa, jedna za drugą, na
zmianę. Poczuła, że się poci, a dziewczynce przekrzywiła się poluzowana od skakania
kokarda.
– Helenko, no naprawdę! – rozległ się krzyk ulgi i
poirytowania na raz. W ich stronę szybkim krokiem zmierzał mężczyzna z pokoju
35, ten który wcześniej nakrzyczał na Renatę. – Ile razy mam ci mówić, że masz
się nie oddalać, gdy tatuś ma przerwę obiadową? Wiesz jak łatwo jest się tu
zgubić na zawsze? Nie znajdę cię potem, i co? – Zerknął na nią, chwytając rękę
Helenki. Dziewczynka uśmiechała się złośliwie patrząc to na nią, to na
mężczyznę – proszę wybaczyć. Żona mnie zostawiła. To mnie zdecydowanie
przerasta. Boże, szef mnie zwolni, jak Helenka jeszcze raz będzie biegać
samopas i straszyć petentów. Mam nadzieję, że pani nie zamęczyła.
– Nie, ale nie wiem, która to czerwona linia. A mam iść po
czerwonej linii. Do pokoju 117B. – Odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Och, to… - spojrzał na nią z zaciekawieniem i troską. –
Odprowadzimy panią do pokoju 117B, tyle mogę zrobić. Proszę za mną.
Mężczyzna ruszył szybkim krokiem, kurczowo ściskając rękę
Helenki, która nadal podskakiwała, tym razem co drugi krok. Chichotała pod
nosem. Szła za nimi, szybko, nic nie mówiąc. Uczepiła się ich tak, jak
wcześniej tamtej grupki, bo sama, najwyraźniej, nie była w stanie nigdzie
trafić.
W końcu doszli do pokoju 117B, mężczyzna otworzył drzwi i
skinął jej głową, by weszła.
– Przyprowadzam wam zgubę. Zajmijcie się nią dobrze –
powiedział.
– Błagam cię, Bogdan, powiedz mi że ten potwór znowu nie
pomalował kredą korytarza – wyjęczał jakiś głos ze środka.
– Wypraszam sobie, Helenka to nie potwór. Trzeba było się z
nią nie bawić mając uszkodzone kolano. Ona jest…energiczna…
– Aha, jasne, a kto mi zwróci pieniądze za rehabilitację…
– Tatusiu, pójdziemy na lody… - mruknęła Helenka, gdy mężczyzna
wyciągnął córkę na korytarz i zatrzasnął drzwi.
– Biedne to dziecko, bez matki. Ojciec jej nawet ubrać
normalnie nie umie. Ani zatrudnić niańki, najwyraźniej. Niech pani siada –
powiedział głos zza biurka.
Usiadła niepewnie, próbując zajrzeć za komputer, ale nic nie
widziała.
– Czy ktoś pani wyjaśnił, dlaczego tu jest? – Zapytał głos.
– Nie.
– Jak zawsze, jak samo nie zrobię to nikt nie zrobi, przysięgam,
nie płacą mi wystarczająco. – Rozległo się głośne westchnięcie – jest tu pani,
bo nie wie pani, kim jest. Możliwe, że pani zaginęła. Albo że ktoś pani szuka.
Albo że nikt pani nie szuka. Różnie to bywa, wie pani. Zależy.
– Od czego zależy?
– Aha, dobre pytanie. Czasami ktoś nie pamięta kim jest bo
wziął na rejvie pigułę od nieznajomego, albo wypił za dużo przez ostatnie wiele
lat i zasnął w rowie, albo czasem po komplikacjach po znieczuleniu, po
operacji. Czasami ktoś ma chorobę psychiczną, nagłą lub nie, czasami ktoś ma
traumę i jakąś amnezję wsteczną, a jak kto stary, to może ma demencję, albo coś
takiego. Nie jestem lekarzem. Ale pani jest młoda. Dziwne.
– Dziwne?
– Dziwne, bo w systemie widzę, że nie pamięta pani, kim jest
i nawet w lustrze pani nie ma, czyli nie pamięta pani, jak wygląda. Rzadko się
to zdarza. Może ktoś panią porwał albo zgarnął na handel ludźmi…może niefortunny
wypadek samochodowy i gdzieś pani walnęła łepetyną i teraz błądzi tu i tam i
nie wie kim jest…nie wie pani, jak zakładam, czy ma pani historię schizofrenii
w rodzinie? – Pokręciła głową – wielka szkoda, z tego co widzę, jest pani w
idealnym wieku na schizofrenię…
Rozejrzała się, ale nie widziała głosu zza ekranu komputera
i nie była pewna, jak właściciel głosu widzi ją.
– W porządku, musimy ustalić, co już o pani wiemy. Jakieś
myśli się pojawiły, gdy szła tu pani do mnie, albo wcześniej?
– Chyba się zgubiłam – zauważyła.
– Doprawdy? Co też pani nie powie! Nikt, kto wie, gdzie
jest, nie znajduje się tutaj. – Rozległo się stukanie w klawiaturę. – Poznała pani
Helenkę. Współczuję. Wpiszę w system, że ma pani tragiczną orientację w
terenie. Wątpię, by ujęto to w aktach, o ile ktoś pani w ogóle szuka i zgłosił,
że pani nie ma, ale nie zaszkodzi wpisać. Wątpię również, że od tego jednego
faktu sobie pani przypomni, kim jest, ale lepiej go zapiszmy, bo jeszcze pani i
to zapomni i dopiero będzie klops.
– Nie, to znaczy – próbowała zebrać słowa – być może byłam
tylko zdezorientowana, ale nie wiedziałam, która linia jest czerwona. Wydawało
mi się, że obie, albo żadna, albo że się zmieniają…bo tam są dwie linie na
podłodze.
Stukanie w klawiaturę ustało, zza ekranu wychynęło jedno
oko, które otaksowało ją po raz pierwszy z bezbrzeżną i nieskrywaną
ciekawością.
– O. To może być coś. Baśka, przynieś mi tu rekwizyty.
Dopiero teraz zorientowała się, że w głębi pokoju stało
drugie biurko, z którego teraz wystrzeliła kobieta z długimi włosami i na szpilkach.
Z niezwykłym zapałem dotaszczyła na biurko, przy którym siedziała ona i jej
rozmówca, przezroczyste pudło pełne małych kostek do gry.
– Wracaj do siebie, Baśka i przygotuj to, co zawsze – poinstruował
ją właściciel oka. – W tym pudełku są kostki do gry. Zielone i czerwone.
Zapewniam, że tak jest, widzę pani powątpiewanie na pani twarzy. Proszę dla
mnie posortować te kostki, szybciutko. Kolorem.
Patrzyła się na pudełko kostek w szoku. Wydawało jej się, że
były tych samych kolorów, ale czasem zmieniały kolory i w ogóle niczego nie
była już pewna. Dla zasady i z obawy przed głosem zza komputera szybko wysypała
kostki na biurko i zaczęła maniakalnie sortować je na dwie kupki. Była cała
spanikowana, bo co jedną przydzieliła do kupki, tak jej się zaczynało wydawać,
że powinna być na drugiej kupce. Spociła się jeszcze bardziej, niż przy grze w
klasy z Helenką. Cała się zestresowała. Nie wiedziała, co to oznacza, jak już
po tych wszystkich rewelacjach od głosu zza monitora wywnioskowała, nie pamięta
z prawdziwego świata niemalże nic. No, chyba że ten dziwny urząd był częścią
jakiegoś prawdziwego świata, ale tego też nie wiedziała i zaczynała się denerwować.
– Okej, na pewno jest pani daltonistką – skwitował głos zza ekranu,
a jej łzy potoczyły się z oczu, choć nie wiedziała dlaczego, może po prostu
była zmęczona i przestraszona. – Ale proszę nie płakać, to nie koniec świata. Z
tym można żyć. Nie wiem jak, ale można. Wpisuje to w pani akta, w razie gdyby
ktoś uznał to za istotne i w ogóle…nic więcej pani nie pamięta o sobie? – nagle
zza biurka z zaskakującą prędkością wytoczyło się krzesło. Siedziała na nim
osoba z kolanami pod brodą i bladą twarzą, choć o zaskakującej energii. Osoba zmierzyła
ją uważnym wzrokiem od stóp do głów i wsunęła się z powrotem za biurko. –
Opiszę w co pani jest ubrana. Czarna bluza z kapturem, niebieskie dżinsy typu „straight”,
włosy obcięte na krótko, różowe skarpetki, buty Vans… - jedno oko znów wynurzyło się obok ekranu – na
oko ma pani pewnie dwadzieścia parę lat, ale kto to wie, w tych czasach… umie pani
ruszać brwiami? – Poruszyła brwiami – ok, czyli botoksu nie ma, to może
faktycznie jest pani po dwudziestce. Kolor oczu: nijaki, kolor włosów też.
Kurde, nie ma tu takiego pola…jak myślisz, Baśka, co to za kolor oczu?
– Wpisałabym szaroniebieski – uznała Baśka.
– To taki wpiszę. Włosy, dajmy na to, szarobure…nie…bo pani
nie jest stara…dajmy mysi blond. Ok. Proszę teraz do Baśki, ja już, na szczęście,
zrobiłom co miałom i bardzo dobrze. Zmachałom się, tragedia.
Wstała niepewnie i ruszyła w stronę Baśki, zachłyśnięta
bezpardonowością osoby za biurkiem. Zerknęła przez ramię. Osoba nadal siedziała
z kolanami pod brodą, ale teraz głowa całkiem jej opadła, a ramiona unosiły się
w miarowym rytmie.
– Proszę nie zwracać uwagi. O tej godzinie jest jego pora
drzemki – wyjaśniła Baśka.
– Czy normalnie tak szybko się zasypia?
– Nie. Proszę, z łaski swojej, przykładać tu po kolei palce.
Zrobimy odbitki linii papilarnych. W razie, gdyby były w systemie.
– W systemie?
– Co ja będę tłumaczyć, za wiele do tłumaczenia. Dostanie
pani potem broszurkę, o ile zaraz się nie dowiemy, że już ktoś pani szuka. Na
razie bardzo proszę mi zaufać.
Zaufała więc, i przykładała palce jeden po drugim to
wskazanego miejsca, a pod nim przejeżdżał czerwony pionowy pasek. Nie bolało.
Kiedy skończyła z prawą ręką i zaczęła z lewą obejrzała dokładnie każdy palec
na prawej dłoni, ale nie zostały na nich żadne ślady.
– Proszę jeszcze tu – Baśka zdążyła się podnieść i
przemieścić na szpilkach, zaskakująco szybko, jak jej się wydawało.
Stanęła na dziwnym pudle z wysięgnikiem. Baśka coś tam
poklikała i poustawiała.
– Dobrze, dzięki temu mamy pani wagę i wzrost. Nie będę pani
mówić, żeby pani nie przygnębiać.
Wróciła do swojego biurka, a ona poczłapała za nią z braku
lepszych opcji i jakichkolwiek pomysłów. Baśka stukała butem o podłogę,
podśpiewując coś pod nosem, ale ona nie znała tej melodii. Albo jej nie
pamiętała.
– O, i już baza przeskanowana. Nie ma pani. To znaczy. Ani w
policyjnych rejestrach, ani nikt nie zgłosił pani zaginięcia, no chyba, że ktoś
panią bardzo nieakuratnie opisał. Ale to nie my, my, jak pani widzi, jesteśmy
skuteczni, precyzyjni i skrupulatni. Proszę za mną. – Podprowadziła ją do
innych, bocznych drzwi. – W tym korytarzu nie ma żadnych linii, ale proszę iść
prosto aż pani dojdzie przechowal…poczekalni. No już, proszę iść i nie zadawać
mi pytań, bo ja za kwadrans kończę pracę. Z Renatą jestem umówiona na piwo.
Proszę iść. Do widzenia.
Więc poszła, bo co miała zrobić. Korytarz był taki sam, jak
cała reszta budynku, czyli zupełnie nijaki. Nie był jednak zbyt długi, bo dość
szybko dotarła do jego końca. Na końcu faktycznie znajdowało się duże
pomieszczenie z przeszklonymi drzwiami i przeszkloną ścianą, przy której kilka
osób pilnie wyglądało na zielony krajobraz. Dziwnym było, że w ogóle coś
istniało poza tym dziwnym budynkiem, ale postanowiła tego teraz nie roztrząsać,
gdyż była bardzo zmęczona i skołowana. Zauważyła stoliki i krzesła, ladę, z
której właśnie ktoś odebrał przyjemnie pachnące pojemniki, było też pełno
mebli, choć gdy się rozglądała, trudno jej było je określić. Meble były
kolorowe i akcesoria też były kolorowe, co również było dziwne, bo wszystko
inne było tutaj bezbarwne. Zaczęła przyglądać się ludziom, rozmawiającym,
robiącym różne rzeczy (kilka osób czytało, kilka jadło i piło, część robiła
rzeczy, co do których nazw nie była pewna). Byli młodzi, starzy, było kilkoro
dzieci i nastolatków. Większość jednak była bardzo stara.
– Dzień dobry! – Uśmiechnął się do niej mężczyzna w
garniturze z muszką. Był chyba koło 30-tki, ale nie mogła być pewna. – Jesteś tu
nowa?
– Tak. Co to za miejsce?
– To jest poczekalnia. Czekamy tu, aż ktoś nas będzie szukał
lub ktoś sobie nas przypomni, lub do czasu, gdy sami sobie przypomnimy, kim jesteśmy.
– Kiedy ja sobie przypomnę? – Zapytała, całkiem rozsądnie.
– Koleżanko! Nikt nie ma odpowiedzi na to pytanie…ale na
twoim miejscu bym się dobrze rozgościł. Mam tu konsolę, gry karciane i planszowe,
książki, telewizję, kącik do tworzenia sztuki, zabawki, druty i szydełko, a za
tamtymi drzwiami łazienkę i sypialnię. Jest tu bardzo miło. Można wygodnie żyć.
– Uśmiechnął się do niej szeroko, ale w kącikach jego oczu czaił się smutek.
– Więc jak długo tu będę? – Dopytała, bo zdawało jej się, że
odpowiedź na to pytanie nie padła.
– Zazwyczaj jestem optymistą, a ty zmuszasz mnie do pesymizmu
i to mi się nie podoba. No cóż – odetchnął głęboko – powiem to metaforą, tak
będzie mi łatwiej. Z reguły czas oczekiwania na wyjście stąd jest jak kolejki
do specjalisty na NFZ, och, pamiętam to dobrze, oczywiście tu nie da się nic
szacować ani nawet zapisać na zaś, z wyprzedzeniem, ale…uśredniając, ostrożnie
szacowałbym, że może gdzieś do lat 50-tych…
– Przepraszam, który mamy rok?
Mężczyzna wskazał jej coś na ścianie. Podbiegła w tamto
miejsce. Kalendarz. Rok 2026. To brzmiało jak koszmar. Kim ona jest?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz