Swego
czasu pamiętałam swoje imię, ale teraz już jej nie pamiętam. Nieustannie
zdumiewa mnie, jak bardzo istnieje świat, a jak mało istnieje ta, którą kiedyś
chyba byłam. Nie pamiętam jej i nie wiem, czy to znaczy, że ona jeszcze jest.
Może tylko trochę, może jeszcze gdzieś tam się ćmi, w dawnych miejscach, w
starych pamiątkach, na wyblakłych zdjęciach.
Błąkam
się i odbijam, gdzieś idę, ale nie wiem gdzie. Być może tam, gdzie cała reszta,
gdziekolwiek może to być. Głośne dźwięki wokół, pastelowo-pstrokate manekiny
dookoła. Jestem w jakiejś kolejce. Dziwnie się mówi o sobie „jestem”, niby
zdaje się, że owszem, ale sama nie wiem. Przede mną kiosk jakiejś restauracji
fastfoodowej, do niego posuwa się kolejka, bardzo wolno. Ktoś mnie popycha, do
kiosku obok, bo najwyraźniej następuje rozgałęzienie. Z jednego ogonka do
kiosku 1, 2 lub 3.
Wyświetlacz
miga mi przed oczami, zmusza do wyboru, ponagla. Ludzie też coś tam chrząkają z
tyłu, ogólny gwar zabarwiony zniecierpliwieniem. Wyciągam palec, by coś wybrać,
ale nie wiem na co mam kliknąć. Co ja lubię? Nie pamiętam, co lubię. Patrzę w
dół, na siebie. Unaoczniam sobie, czy jestem. Chyba jestem, ale jest to
niejasne, cała jestem rozmyta i nijaka, nie czuję, bym oddychała ani władała
moją ręką. Ludzie w ogonku się niecierpliwią.
Klikam
w końcu to, co dziewczyny w kiosku obok, podglądam, zerkam i zżynam zamówienie.
To młode dziewczyny, nastolatki. Dziś zjem to co one. Nie wiem, może nawet te
rzeczy lubię. Płacę telefonem odblokowanym twarzą, czyli mam jakąś twarz i mój
telefon potwierdza, że ja to ja. Aha. Może i tak.
Już
czekam na odbiór, ściskam kurczowo numerek. Jeśli podadzą mi złe zamówienie, to
nie będę wiedziała. Nie pamiętam, co kliknęłam, naśladowałam tylko te młode
dziewczyny. I tak bym się nie upomniała, gdyby coś było nie tak. Nie wiem jak.
Mój
numerek już mruga na tablicy, więc idę odebrać tackę. Siadam tam, gdzie akurat
jest wolne miejsce, przy małym stoliku z widokiem na pustą ścianę. Milkshake
truskawkowy, frytki i jakiś burger. Jem niepewnie. Nie wiem, jak moje ciało
zareaguje na te potrawy. Może okaże się, że je lubi? Wiedziałabym wtedy
przynajmniej to. Chyba jest na nie obojętne. A może nie mam kubków smakowych?
Albo moje kubki smakowe nie wiedzą, kim są? Żadne połączenia w mózgu się nie
uruchamiają, jest mi to obojętne. Ja sama coraz odleglejsza, fakt że nadal
formułuję myśli niewytłumaczalny. Ale i myśli są niespecyficzne. Nijakie.
Opisujące to, co przede mną, bez poglądów i konkluzji. Czy ja mam jakąś
perspektywę?
Wstaję
odnieść tackę i wrzucić opakowania do śmieci. Wychodzę znów w tę dziwaczną
przestrzeń, wszystko jest rażące i niekonkretne. Pałętam się tu i tam, nie wiem
gdzie idę, ani po co. Być może szukam wyjścia, ale nieskutecznie, wszystkie
korytarze wyglądają tak samo. Dziwię się na widok ludzi, którzy wymijają mnie
żywym, szybkim krokiem. Idą, jakby wiedzieli, gdzie się kierują. Ja czuję się
za to dziwnie, jakbym nie rozpoznawała świata ani siebie w nim.
Wtem
– coś znajomego. Ten pan stojący tutaj. Chyba chodziłam z nim gdzieś: do szkoły
albo na studia. Na pewno. Kojarzę, że miał zielony zeszyt i obgryzał paznokcie,
może siedzieliśmy razem w ławce?
–
Cześć! – macham entuzjastycznie i podchodzę do niego. Stoi przed wejściem do
jakiegoś sklepu, trzyma w rękach kilka toreb i patrzy w telefon. Unosi wzrok i
patrzy się na mnie, a ja wreszcie czuję, że mam serce, bo zaczyna mi ono bić
bardzo szybko, bardzo nagle, zaznaczając swoją obecność. Przedziwne uczucie,
posiadanie serca.
–
Przepraszam, czy my się znamy? – Mówi mężczyzna. Rozgląda się wokół, niepewny,
czy do niego mówię. Ja też się rozglądam w popłochu i wstydzie, chociaż głównie
ze smutkiem. Czuję, jak to uczucie przysiada mi na ramionach i jak się garbię
pod jego ciężarem. Na pewno więc mam ramiona, ale ramiona akurat ma każdy.
Widziałam ludzi bez palców lub całych kończyn, widziałam ludzi bez oka albo
ucha, ale nigdy nie widziałam człowieka, który by nie miał ramion. Nie wiem skąd
wiem, że widziałam takich ludzi. Widziałam? Czyli kiedyś coś zaobserwowałam,
czyli istniałam? Sama już nie wiem, dziwi mnie ta myśl.
Odchodzę
szybko, bo już sama nie wiem, jak mam dalej pociągnąć tę konwersację, niestety
nie pamiętam imienia tego mężczyzny, więc może nie jestem od niego wcale
lepsza. Pamiętam go jako osobę w moim życiu, wyraźnie, ale nie pamiętam, jak
się nazywał.
Wszystko
mieni mi się w oczach, i nie wiem, gdzie jest wyjście, a nawet gdybym znalazła
wyjście, to nie wiem, dokąd miałabym pójść. Natrafiam wtedy nagle na moją
koleżankę z pracy i przypominam sobie, że mnie tam dzisiaj nie było. Wydaje mi
się, że pamiętam, że szłam do pracy, a potem już nie pamiętam, co się dalej
wydarzyło. Następnie byłam tutaj. I nadal jestem tutaj, choć nie jestem pewna,
gdzie to „tutaj” się znajduje.
Odczuwam
wewnętrzny niepokój, bo nie wolno bez zapowiedzi opuszczać pracy, a ja nie
pamiętam, abym tam dziś była. Właściwie gdzie ja w ogóle pracuję? Jako kto?
Pamiętam pracę, gdzieś na horyzoncie mojej myśli, ale nie wiem, co ona oznacza.
Jest niewyraźna i nie mogę do niej dotrzeć, w ogóle moje myśli są bardzo
powolne i niezborne. Czy zawsze takie były? Nie pamiętam.
–
Cześć – mówię, podchodząc do koleżanki – głupia sprawa, nie było mnie dziś w
pracy. Nie wiem, dlaczego. Chyba zaspałam.
–
Aha, naprawdę? – Odpowiada koleżanka. Wygląda na skonsternowaną – nie martw
się, nikt nie zauważył, że cię nie było. – Wyciąga rękę, aby poklepać mnie po
ramieniu, ale jej się wymykam. Biegnę przed siebie, coraz bardziej przerażona.
Wydaje
mi się, że od czasu, kiedy zapomniałam, kim jestem, minęły całe wieki. Chyba
tak było, ale nie mogę mieć pewności, bo nie ufam już swojej pamięci. Wydaje mi
się, że od dłuższego czasu stawałam się bardziej i bardziej przezroczysta, ale
nie mogę tego potwierdzić, dopóki nie znajdę lustra. Ten problem z
niepamiętaniem mojego imienia uderzył mnie dzisiaj, ale wydaje mi się, że już
od jakiegoś czasu było ono w mojej głowie mgliste. Mogłabym mieć każde imię.
Słyszę, jak ludzie zwracają się do siebie nawzajem po imionach, jednak na żadne
nie reaguję. Może nie mam imienia? Może nigdy nie miałam imienia?
Znajduję
jakiś sklep z meblami, przypadkowo. Zwalniam, bo wolałabym nie przewrócić
niczego po drodze. Jest tu lustro, więc staję przed nim. Nikogo nie widzę.
Macham ręką, ale nic się nie pojawia. Podchodzę do lustra i dotykam go. Nadal
mam rękę i czuję pod palcem taflę. Ale nie ma w niej mojego odbicia. Opuszcza
mnie grzeczność i konwenans społeczny i walę w lustro z całej siły, pięścią. Dłoń
mnie boli, ale nie przestaję. Jeśli pięść mnie boli, to znaczy, że nadal
istnieję, prawda? Rozglądam się, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.
Ekspedientka rozmawia z klientką kilka metrów ode mnie, ale nie interweniuje.
W
przebłysku desperacji i przerażenia chwytam solniczkę, część zastawy stołowej.
Solniczka jest czarna i kanciasta. Po prostu ją biorę i wychodzę. Coś piszczy
na bramkach. Ekspedientka biegnie do nich i rozgląda się skonsternowana. Stoję
tuż obok, ale mnie nie zatrzymuje.
Wlekę
się noga za nogą, marząc by znaleźć wyjście. Czy to zawsze było takie trudne?
Ludzie zdają się nie mieć problemu z nawigowaniem. Postanawiam iść za kimś,
licząc że w końcu stąd wyjdzie. Łazimy tak bardzo długo. Ogląda książki w
księgarni, przymierza dwie koszule, idzie do drogerii po dezodorant i pastę do
zębów, wstępuje po kawę na wynos, idzie kupić bilety do kina na jutro, jeszcze
zatrzymuje się przy kiosku i wybiera sobie gazetę. W końcu wychodzi, a ja
biegnę za nim co sił w nogach, by tylko na pewno go nie zgubić i by się stąd
wydostać.
Na zewnątrz jest już całkowicie ciemno. Nie widzę żadnych punktów odniesienia, nie wiem gdzie iść ani jak poruszać się w ciemności. To był chyba zły pomysł, stamtąd wychodzić. Solniczka wypada mi z ręki.
Czuję, że rozpływam się w
powietrzu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz