niedziela, 16 sierpnia 2026

Przezroczystość

 

Swego czasu pamiętałam swoje imię, ale teraz już jej nie pamiętam. Nieustannie zdumiewa mnie, jak bardzo istnieje świat, a jak mało istnieje ta, którą kiedyś chyba byłam. Nie pamiętam jej i nie wiem, czy to znaczy, że ona jeszcze jest. Może tylko trochę, może jeszcze gdzieś tam się ćmi, w dawnych miejscach, w starych pamiątkach, na wyblakłych zdjęciach.

Błąkam się i odbijam, gdzieś idę, ale nie wiem gdzie. Być może tam, gdzie cała reszta, gdziekolwiek może to być. Głośne dźwięki wokół, pastelowo-pstrokate manekiny dookoła. Jestem w jakiejś kolejce. Dziwnie się mówi o sobie „jestem”, niby zdaje się, że owszem, ale sama nie wiem. Przede mną kiosk jakiejś restauracji fastfoodowej, do niego posuwa się kolejka, bardzo wolno. Ktoś mnie popycha, do kiosku obok, bo najwyraźniej następuje rozgałęzienie. Z jednego ogonka do kiosku 1, 2 lub 3.

Wyświetlacz miga mi przed oczami, zmusza do wyboru, ponagla. Ludzie też coś tam chrząkają z tyłu, ogólny gwar zabarwiony zniecierpliwieniem. Wyciągam palec, by coś wybrać, ale nie wiem na co mam kliknąć. Co ja lubię? Nie pamiętam, co lubię. Patrzę w dół, na siebie. Unaoczniam sobie, czy jestem. Chyba jestem, ale jest to niejasne, cała jestem rozmyta i nijaka, nie czuję, bym oddychała ani władała moją ręką. Ludzie w ogonku się niecierpliwią.

Klikam w końcu to, co dziewczyny w kiosku obok, podglądam, zerkam i zżynam zamówienie. To młode dziewczyny, nastolatki. Dziś zjem to co one. Nie wiem, może nawet te rzeczy lubię. Płacę telefonem odblokowanym twarzą, czyli mam jakąś twarz i mój telefon potwierdza, że ja to ja. Aha. Może i tak.

Już czekam na odbiór, ściskam kurczowo numerek. Jeśli podadzą mi złe zamówienie, to nie będę wiedziała. Nie pamiętam, co kliknęłam, naśladowałam tylko te młode dziewczyny. I tak bym się nie upomniała, gdyby coś było nie tak. Nie wiem jak.

Mój numerek już mruga na tablicy, więc idę odebrać tackę. Siadam tam, gdzie akurat jest wolne miejsce, przy małym stoliku z widokiem na pustą ścianę. Milkshake truskawkowy, frytki i jakiś burger. Jem niepewnie. Nie wiem, jak moje ciało zareaguje na te potrawy. Może okaże się, że je lubi? Wiedziałabym wtedy przynajmniej to. Chyba jest na nie obojętne. A może nie mam kubków smakowych? Albo moje kubki smakowe nie wiedzą, kim są? Żadne połączenia w mózgu się nie uruchamiają, jest mi to obojętne. Ja sama coraz odleglejsza, fakt że nadal formułuję myśli niewytłumaczalny. Ale i myśli są niespecyficzne. Nijakie. Opisujące to, co przede mną, bez poglądów i konkluzji. Czy ja mam jakąś perspektywę?

Wstaję odnieść tackę i wrzucić opakowania do śmieci. Wychodzę znów w tę dziwaczną przestrzeń, wszystko jest rażące i niekonkretne. Pałętam się tu i tam, nie wiem gdzie idę, ani po co. Być może szukam wyjścia, ale nieskutecznie, wszystkie korytarze wyglądają tak samo. Dziwię się na widok ludzi, którzy wymijają mnie żywym, szybkim krokiem. Idą, jakby wiedzieli, gdzie się kierują. Ja czuję się za to dziwnie, jakbym nie rozpoznawała świata ani siebie w nim.

Wtem – coś znajomego. Ten pan stojący tutaj. Chyba chodziłam z nim gdzieś: do szkoły albo na studia. Na pewno. Kojarzę, że miał zielony zeszyt i obgryzał paznokcie, może siedzieliśmy razem w ławce?

– Cześć! – macham entuzjastycznie i podchodzę do niego. Stoi przed wejściem do jakiegoś sklepu, trzyma w rękach kilka toreb i patrzy w telefon. Unosi wzrok i patrzy się na mnie, a ja wreszcie czuję, że mam serce, bo zaczyna mi ono bić bardzo szybko, bardzo nagle, zaznaczając swoją obecność. Przedziwne uczucie, posiadanie serca.

– Przepraszam, czy my się znamy? – Mówi mężczyzna. Rozgląda się wokół, niepewny, czy do niego mówię. Ja też się rozglądam w popłochu i wstydzie, chociaż głównie ze smutkiem. Czuję, jak to uczucie przysiada mi na ramionach i jak się garbię pod jego ciężarem. Na pewno więc mam ramiona, ale ramiona akurat ma każdy. Widziałam ludzi bez palców lub całych kończyn, widziałam ludzi bez oka albo ucha, ale nigdy nie widziałam człowieka, który by nie miał ramion. Nie wiem skąd wiem, że widziałam takich ludzi. Widziałam? Czyli kiedyś coś zaobserwowałam, czyli istniałam? Sama już nie wiem, dziwi mnie ta myśl.

Odchodzę szybko, bo już sama nie wiem, jak mam dalej pociągnąć tę konwersację, niestety nie pamiętam imienia tego mężczyzny, więc może nie jestem od niego wcale lepsza. Pamiętam go jako osobę w moim życiu, wyraźnie, ale nie pamiętam, jak się nazywał.

Wszystko mieni mi się w oczach, i nie wiem, gdzie jest wyjście, a nawet gdybym znalazła wyjście, to nie wiem, dokąd miałabym pójść. Natrafiam wtedy nagle na moją koleżankę z pracy i przypominam sobie, że mnie tam dzisiaj nie było. Wydaje mi się, że pamiętam, że szłam do pracy, a potem już nie pamiętam, co się dalej wydarzyło. Następnie byłam tutaj. I nadal jestem tutaj, choć nie jestem pewna, gdzie to „tutaj” się znajduje.

Odczuwam wewnętrzny niepokój, bo nie wolno bez zapowiedzi opuszczać pracy, a ja nie pamiętam, abym tam dziś była. Właściwie gdzie ja w ogóle pracuję? Jako kto? Pamiętam pracę, gdzieś na horyzoncie mojej myśli, ale nie wiem, co ona oznacza. Jest niewyraźna i nie mogę do niej dotrzeć, w ogóle moje myśli są bardzo powolne i niezborne. Czy zawsze takie były? Nie pamiętam.

– Cześć – mówię, podchodząc do koleżanki – głupia sprawa, nie było mnie dziś w pracy. Nie wiem, dlaczego. Chyba zaspałam.

– Aha, naprawdę? – Odpowiada koleżanka. Wygląda na skonsternowaną – nie martw się, nikt nie zauważył, że cię nie było. – Wyciąga rękę, aby poklepać mnie po ramieniu, ale jej się wymykam. Biegnę przed siebie, coraz bardziej przerażona.

Wydaje mi się, że od czasu, kiedy zapomniałam, kim jestem, minęły całe wieki. Chyba tak było, ale nie mogę mieć pewności, bo nie ufam już swojej pamięci. Wydaje mi się, że od dłuższego czasu stawałam się bardziej i bardziej przezroczysta, ale nie mogę tego potwierdzić, dopóki nie znajdę lustra. Ten problem z niepamiętaniem mojego imienia uderzył mnie dzisiaj, ale wydaje mi się, że już od jakiegoś czasu było ono w mojej głowie mgliste. Mogłabym mieć każde imię. Słyszę, jak ludzie zwracają się do siebie nawzajem po imionach, jednak na żadne nie reaguję. Może nie mam imienia? Może nigdy nie miałam imienia?

Znajduję jakiś sklep z meblami, przypadkowo. Zwalniam, bo wolałabym nie przewrócić niczego po drodze. Jest tu lustro, więc staję przed nim. Nikogo nie widzę. Macham ręką, ale nic się nie pojawia. Podchodzę do lustra i dotykam go. Nadal mam rękę i czuję pod palcem taflę. Ale nie ma w niej mojego odbicia. Opuszcza mnie grzeczność i konwenans społeczny i walę w lustro z całej siły, pięścią. Dłoń mnie boli, ale nie przestaję. Jeśli pięść mnie boli, to znaczy, że nadal istnieję, prawda? Rozglądam się, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ekspedientka rozmawia z klientką kilka metrów ode mnie, ale nie interweniuje.

W przebłysku desperacji i przerażenia chwytam solniczkę, część zastawy stołowej. Solniczka jest czarna i kanciasta. Po prostu ją biorę i wychodzę. Coś piszczy na bramkach. Ekspedientka biegnie do nich i rozgląda się skonsternowana. Stoję tuż obok, ale mnie nie zatrzymuje.

Wlekę się noga za nogą, marząc by znaleźć wyjście. Czy to zawsze było takie trudne? Ludzie zdają się nie mieć problemu z nawigowaniem. Postanawiam iść za kimś, licząc że w końcu stąd wyjdzie. Łazimy tak bardzo długo. Ogląda książki w księgarni, przymierza dwie koszule, idzie do drogerii po dezodorant i pastę do zębów, wstępuje po kawę na wynos, idzie kupić bilety do kina na jutro, jeszcze zatrzymuje się przy kiosku i wybiera sobie gazetę. W końcu wychodzi, a ja biegnę za nim co sił w nogach, by tylko na pewno go nie zgubić i by się stąd wydostać.

Na zewnątrz jest już całkowicie ciemno. Nie widzę żadnych punktów odniesienia, nie wiem gdzie iść ani jak poruszać się w ciemności. To był chyba zły pomysł, stamtąd wychodzić. Solniczka wypada mi z ręki. 

Czuję, że rozpływam się w powietrzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Lekcje z wcielania się w Innego, czyli próba analizy "Miłości, śmierci i dojrzewania w Camp Miasma"

  Kiedy wyszłam z przedpremierowego seansu "Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma" nie byłam pewna, o czym ten film jest. Cho...