sobota, 28 lutego 2026

Powracanie

 

“But I still miss you
When I'm with you
'Cause I know we're not
Playing for keeps”

-            Lucy Dacus, For keeps

 

Zawsze wstawała z łóżka tak, jakby przebudzała się z koszmaru. Po pierwszym dźwięku budzika wyskakiwała niemalże z pościeli, już cała spięta, nie pozwalająca sobie na sekundę zwłoki. Zazwyczaj ją tym budziła, wpuszczała do sypialni chłód prędko odrzucanej kołdry i niepokój napiętych do granic możliwości mięśni.

Przymykała oczy, ale patrzyła spod powiek, jak później boginię dopada zniechęcenie. Jak po energicznym powrocie z toalety i przyszykowaniu ubrań opada na łóżko i zwiesza głowę, nagle zupełnie pozbawiona mocy, jakby to poranne wystrzeliwanie z pościeli jak z procy już całkiem wykończyło jej zasób energii. Jej mięśnie nadal drgały lekko w całym swoim napięciu, ale jakby brakowało woli. Po kilku minutach wzdychała i sięgała po pierwszą część przyszykowanej garderoby. Wydawała się wtedy bardzo ludzka.

Ona wiedziała, w którym miejscu położyć dłoń, by się rozluźniła, jak ją dotknąć, by stwardniały stres rozpuścił się pod jej palcami, by westchnęła cicho, z zawstydzeniem i skrywaną błogością.

Od dawna już jednak tego nie robiła, dopadł ich zwyczajny stres i szare życie, praca w średnio pokrywających się godzinach, obiady z pudełek jedzone w milczeniu spowitym zmęczeniem, z Netflixem brzęczącym w tle. Żadna z nich nie miała siły, tylko brały prysznic i układały się na swoich miejscach pod kołdrą, by podczas poranków zupełnie się wyminąć a potem nie widzieć się aż do nocy, jedynie napisać, co na obiad i czy pies wyszedł na spacer.

Kiedyś było zupełnie inaczej, cliche, jakby każdy związek nie zmieniał się wraz z upływem lat. Dawniej ogrzewała jej ręce, gdy zapomniała rękawiczek, a ona obejmowała ją od tyłu i całowała w policzek. Przynosiły na randki drobne upominki, ale nie kwiaty, tylko ciasteczka, misie i czekoladki. Siedziały pod kocem oglądając filmy do późnych godzin nocnych, spały spocone i zmięte w swoich objęciach. Nic nie zapowiadało ochłodzenia.

A potem znalazły się w przestrzeni liminalnej, pół świadome, z tubkami i rurami, z pikaniem maszyn i jęczeniem kółek wózków pielęgniarek. Już nigdy nic nie było takie same. Wypluto je z powrotem do czasu i przestrzeni, a ich dynamika zdawała się inna. Chłodna i precyzyjna, bez czułości i radości, ze szczerością wymuszaną surowym uniesieniem brwi.

Bogini była hiper aktywna, napięta tak bardzo jak nigdy dotąd, wyczulona na każdy jej jęk i stękniecie. Wstawała rano i od razu zmarszczka formowała się na jej czole, wiecznie gotowa była pytać, czy wszystko w porządku, aż w końcu przestała, teraz tylko obserwowała ją bacznie i nieustannie, nawet kiedy ona na nią nie patrzyła, jej oczy zawsze ją znajdowały. Zamieniła się w matkę lub w sokoła, krążyła nad nią skupiona do granic możliwości, sucha, rzeczowa, nieznosząca sprzeciwu.

Potem obie wróciły do pracy i świat zdawał się istnieć po staremu, ale u nich nie było już tak samo. Nie pisały. Nie rozmawiały. Po pracy bogini przyglądała jej się badawczo szukając oznak dyskomfortu, jednocześnie zmęczona, szara, zmięta i pulsująca jak napięty mięsień, niedająca sobie czasu na odpoczynek. Bogini potrzebowała pomocy, ale boginie nie nawykły, by prosić o pomoc, one same rozwiązują sytuacje bez wyjścia i robią to z wdziękiem i gracją, nawet jeśli z bitwy wychodzą pokryte krwią i złamane w trzech miejscach. Ich głowy unoszą się ostatkiem sił w geście gracji i mocy i tak już musi pozostać.

A ona była jak ptaszek ze złamanym skrzydłem. Skrzydło się zrosło, ponownie nauczyła się latać, ale bogini wciąż zerkała z gniazda w dół gotowa zanurkować po nią w powietrze.

Jak tak dalej pójdzie, bogini na czole pozostanie permanentna zmarszczka, a one pozostaną w stagnacji, w dziwnym połowicznym stanie granicznym, niby w świecie, a jednak poza nim, próbujące wbiec w wir rzeczywistości, choć są wyrzutkami światoprzestrzeni. Wszyscy ci ludzie i wydarzenia za szklaną szybą czasu i one, utknięte, jakby jedną nogą nadal na szpitalnych korytarzach.

Ona pragnęła tylko jednego, chciała by bogini zobaczyła ją jak dawniej, by jej ramiona opadły lekko a zmarszczka na czole ustąpiła miejsca uśmiechowi,  by znowu mogła formować ją dłonią jak rozgrzaną glinę i aby mogły leżeć wtulone, jak dawniej, i słuchać swoich bijących serc nie licząc na następujące symultanicznie równe pikanie.

Kiedy wróciła wcześniej z pracy rozebrała się przed lustrem i zaczęła oglądać swoje ciało, ciekawa, czy faktycznie tak bardzo się zmieniło. Cienka blizna pomiędzy piersiami, okrągła na boku, pomiędzy żebrami, miliony małych otarć i siniaków, gruba blizna wokół biodra. Wodzi po nich palcami, tu biegł tlen, tu tuba, tam rurka, a tu kiedyś były szwy, ale już ich nie ma. Nie rozpada się. Jest tylko inna. Łzy powoli pociekły jej po twarzy, bo właśnie z pełną mocą zdała sobie sprawę, że straciła swoje dawne ja. Już nie była gibka i gładka, tylko pokiereszowana, choć zagojona, to nosiła na sobie znaki pozostawione przez przestrzeń liminalną, odciśnięte na jej ciele. Smarowała je na początku usilnie żelami, ale po jednej, a nie wszystkie naraz, łatwiej było nie widzieć ich w pełnej krasie, rozłożonych na jej ciele niczym punkty na mapie, a raczej tylko gdzieniegdzie, we fragmentach.  Teraz widzi, że żele niewiele zdziałały, na lewą nogę zawsze będzie utykać i na próżno szukać ciała kochanki w ciele obłożnie chorej, inwalidki. Włosy jej odrosły i opadają na twarzy, dawno nie przycinane, były odległym i mało istotnym problemem. Nerwowo łapie powietrze i natychmiast wypuszcza, oddycha bez zarzutu, ale co po oddechu osobie nieistniejącej?

Może musi przejrzeć te ulotki, które dali jej w szpitalu, te pocieszenia i przeprosiny za to, że wrzucają ją od nowa w podły świat, przystosowujące do nowego ciała i nowych zasad. Z depozytu oddali jej mózg, ale ciało najpierw pozmieniali i jest teraz nie do poznania. I mózg zmarkotniał, najpierw zadziwiony powrotem do świata istniejących, a potem głęboko zasmucony faktem ledwo - istnienia.

Stoi tak nadal przed lustrem, nie chce nawet drgnąć, nie ma siły. Klucz przekręca się w zamku. Wraca bogini. Natychmiast zastyga przy drzwiach, nadal otwartych.

– Czy wszystko w porządku?

Ona odwraca się i widzi, że cała już jest napięta i oddycha niespokojnie, wodząc po niej wzrokiem, gotowa do interwencji, wykrok, ręce wystawione. Coś lekko kłuje ją w biodrze, ale to ignoruje. Podchodzi do niej i stara się nie wyglądać źle, smutno, czy jakby czegoś jej brakowało, choć przecież jej brakuje.

– Możesz mnie przytulić? – bogini zerka na nią niepewnie. – Możesz widzieć mnie, tak jak dawniej? Nie wiem, czy jeszcze tam jestem.

– Jesteś – odpowiada bogini i jej głos po raz pierwszy od dawna opada do spokojnego szeptu, a jej ręce obejmują ją, ale nie tak, by przytrzymać ją do zmiany opatrunku, a tak, by poczuć ciepło jej skóry i bicie jej serca.

Powoli kładą się na kanapie, a drzwi na świat nadal są otwarte i rzeczywistość zdaje się przez nie wpełzać. Bogini upewnia się, że biodro jej nie boli w obecnej pozycji i sunie opuszkami palców po bliznach i scałowuje z nich ból, traumę i brzydotę, a jej włosy okraszają jej brzuch łaskotkami, delikatne brązowe kosmyki wpadają do jej pępka i gładzą jej uda. Jej ciało drży i bogini na chwilę wstrzymuje oddech i jej oczy przybierają ten wyraz strachu, ale to nie ból, tylko rozkosz powoli opanowuje jej ciało. Ona też unosi swoją sprawniejszą rękę i nawija na nią boskie włosy, wyciąga dłoń do jej szyi i zjeżdża w bok jej ciała.

Ich tułowia i kończyny scalają się w jedno, rozpływają się i zatapiają w sobie nawzajem, tulą się, aż powstaje z nich abstrakcyjny obraz o wielu barwach. Bogini nadal topnieje pod jej dotykiem, a z oczu lecą jej łzy, ale nie smutku, tylko jakieś inne, słodko-gorzkie i pełne tęsknoty.

Może nic nie jest jeszcze stracone, może półotwarte drzwi wpuściły je z powrotem w wir świata, do ich ciał, ich pamięci, historii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kim pani jest?

  Ściany były dziwnie nijakiego koloru, za oknami nic nie było, ogółem wszystko wokół otoczone było niczym, co było o tyle dziwne, że trudno...