“But I still miss you
When I'm with you
'Cause I know we're not
Playing for keeps”
- Lucy Dacus, For keeps
Zawsze wstawała z łóżka tak, jakby przebudzała się z
koszmaru. Po pierwszym dźwięku budzika wyskakiwała niemalże z pościeli, już
cała spięta, nie pozwalająca sobie na sekundę zwłoki. Zazwyczaj ją tym budziła,
wpuszczała do sypialni chłód prędko odrzucanej kołdry i niepokój napiętych do
granic możliwości mięśni.
Przymykała oczy, ale patrzyła spod powiek, jak później
boginię dopada zniechęcenie. Jak po energicznym powrocie z toalety i
przyszykowaniu ubrań opada na łóżko i zwiesza głowę, nagle zupełnie pozbawiona
mocy, jakby to poranne wystrzeliwanie z pościeli jak z procy już całkiem
wykończyło jej zasób energii. Jej mięśnie nadal drgały lekko w całym swoim
napięciu, ale jakby brakowało woli. Po kilku minutach wzdychała i sięgała po
pierwszą część przyszykowanej garderoby. Wydawała się wtedy bardzo ludzka.
Ona wiedziała, w którym miejscu położyć dłoń, by się
rozluźniła, jak ją dotknąć, by stwardniały stres rozpuścił się pod jej palcami,
by westchnęła cicho, z zawstydzeniem i skrywaną błogością.
Od dawna już jednak tego nie robiła, dopadł ich zwyczajny
stres i szare życie, praca w średnio pokrywających się godzinach, obiady z
pudełek jedzone w milczeniu spowitym zmęczeniem, z Netflixem brzęczącym w tle.
Żadna z nich nie miała siły, tylko brały prysznic i układały się na swoich
miejscach pod kołdrą, by podczas poranków zupełnie się wyminąć a potem nie
widzieć się aż do nocy, jedynie napisać, co na obiad i czy pies wyszedł na
spacer.
Kiedyś było zupełnie inaczej, cliche, jakby każdy
związek nie zmieniał się wraz z upływem lat. Dawniej ogrzewała jej ręce, gdy
zapomniała rękawiczek, a ona obejmowała ją od tyłu i całowała w policzek.
Przynosiły na randki drobne upominki, ale nie kwiaty, tylko ciasteczka, misie i
czekoladki. Siedziały pod kocem oglądając filmy do późnych godzin nocnych,
spały spocone i zmięte w swoich objęciach. Nic nie zapowiadało ochłodzenia.
A potem znalazły się w przestrzeni liminalnej, pół świadome,
z tubkami i rurami, z pikaniem maszyn i jęczeniem kółek wózków pielęgniarek.
Już nigdy nic nie było takie same. Wypluto je z powrotem do czasu i
przestrzeni, a ich dynamika zdawała się inna. Chłodna i precyzyjna, bez
czułości i radości, ze szczerością wymuszaną surowym uniesieniem brwi.
Bogini była hiper aktywna, napięta tak bardzo jak nigdy
dotąd, wyczulona na każdy jej jęk i stękniecie. Wstawała rano i od razu
zmarszczka formowała się na jej czole, wiecznie gotowa była pytać, czy wszystko
w porządku, aż w końcu przestała, teraz tylko obserwowała ją bacznie i
nieustannie, nawet kiedy ona na nią nie patrzyła, jej oczy zawsze ją
znajdowały. Zamieniła się w matkę lub w sokoła, krążyła nad nią skupiona do
granic możliwości, sucha, rzeczowa, nieznosząca sprzeciwu.
Potem obie wróciły do pracy i świat zdawał się istnieć po
staremu, ale u nich nie było już tak samo. Nie pisały. Nie rozmawiały. Po pracy
bogini przyglądała jej się badawczo szukając oznak dyskomfortu, jednocześnie
zmęczona, szara, zmięta i pulsująca jak napięty mięsień, niedająca sobie czasu
na odpoczynek. Bogini potrzebowała pomocy, ale boginie nie nawykły, by prosić o
pomoc, one same rozwiązują sytuacje bez wyjścia i robią to z wdziękiem i
gracją, nawet jeśli z bitwy wychodzą pokryte krwią i złamane w trzech
miejscach. Ich głowy unoszą się ostatkiem sił w geście gracji i mocy i tak już
musi pozostać.
A ona była jak ptaszek ze złamanym skrzydłem. Skrzydło się
zrosło, ponownie nauczyła się latać, ale bogini wciąż zerkała z gniazda w dół
gotowa zanurkować po nią w powietrze.
Jak tak dalej pójdzie, bogini na czole pozostanie
permanentna zmarszczka, a one pozostaną w stagnacji, w dziwnym połowicznym
stanie granicznym, niby w świecie, a jednak poza nim, próbujące wbiec w wir
rzeczywistości, choć są wyrzutkami światoprzestrzeni. Wszyscy ci ludzie i
wydarzenia za szklaną szybą czasu i one, utknięte, jakby jedną nogą nadal na
szpitalnych korytarzach.
Ona pragnęła tylko jednego, chciała by bogini zobaczyła ją
jak dawniej, by jej ramiona opadły lekko a zmarszczka na czole ustąpiła miejsca
uśmiechowi, by znowu mogła formować ją
dłonią jak rozgrzaną glinę i aby mogły leżeć wtulone, jak dawniej, i słuchać
swoich bijących serc nie licząc na następujące symultanicznie równe pikanie.
Kiedy wróciła wcześniej z pracy rozebrała się przed lustrem
i zaczęła oglądać swoje ciało, ciekawa, czy faktycznie tak bardzo się zmieniło.
Cienka blizna pomiędzy piersiami, okrągła na boku, pomiędzy żebrami, miliony
małych otarć i siniaków, gruba blizna wokół biodra. Wodzi po nich palcami, tu
biegł tlen, tu tuba, tam rurka, a tu kiedyś były szwy, ale już ich nie ma. Nie
rozpada się. Jest tylko inna. Łzy powoli pociekły jej po twarzy, bo właśnie z
pełną mocą zdała sobie sprawę, że straciła swoje dawne ja. Już nie była gibka i
gładka, tylko pokiereszowana, choć zagojona, to nosiła na sobie znaki
pozostawione przez przestrzeń liminalną, odciśnięte na jej ciele. Smarowała je
na początku usilnie żelami, ale po jednej, a nie wszystkie naraz, łatwiej było
nie widzieć ich w pełnej krasie, rozłożonych na jej ciele niczym punkty na
mapie, a raczej tylko gdzieniegdzie, we fragmentach. Teraz widzi, że żele niewiele zdziałały, na
lewą nogę zawsze będzie utykać i na próżno szukać ciała kochanki w ciele
obłożnie chorej, inwalidki. Włosy jej odrosły i opadają na twarzy, dawno nie
przycinane, były odległym i mało istotnym problemem. Nerwowo łapie powietrze i
natychmiast wypuszcza, oddycha bez zarzutu, ale co po oddechu osobie
nieistniejącej?
Może musi przejrzeć te ulotki, które dali jej w szpitalu, te
pocieszenia i przeprosiny za to, że wrzucają ją od nowa w podły świat,
przystosowujące do nowego ciała i nowych zasad. Z depozytu oddali jej mózg, ale
ciało najpierw pozmieniali i jest teraz nie do poznania. I mózg zmarkotniał,
najpierw zadziwiony powrotem do świata istniejących, a potem głęboko zasmucony
faktem ledwo - istnienia.
Stoi tak nadal przed lustrem, nie chce nawet drgnąć, nie ma
siły. Klucz przekręca się w zamku. Wraca bogini. Natychmiast zastyga przy
drzwiach, nadal otwartych.
– Czy wszystko w porządku?
Ona odwraca się i widzi, że cała już jest napięta i oddycha
niespokojnie, wodząc po niej wzrokiem, gotowa do interwencji, wykrok, ręce
wystawione. Coś lekko kłuje ją w biodrze, ale to ignoruje. Podchodzi do niej i
stara się nie wyglądać źle, smutno, czy jakby czegoś jej brakowało, choć
przecież jej brakuje.
– Możesz mnie przytulić? – bogini zerka na nią niepewnie. –
Możesz widzieć mnie, tak jak dawniej? Nie wiem, czy jeszcze tam jestem.
– Jesteś – odpowiada bogini i jej głos po raz pierwszy od
dawna opada do spokojnego szeptu, a jej ręce obejmują ją, ale nie tak, by
przytrzymać ją do zmiany opatrunku, a tak, by poczuć ciepło jej skóry i bicie
jej serca.
Powoli kładą się na kanapie, a drzwi na świat nadal są
otwarte i rzeczywistość zdaje się przez nie wpełzać. Bogini upewnia się, że
biodro jej nie boli w obecnej pozycji i sunie opuszkami palców po bliznach i
scałowuje z nich ból, traumę i brzydotę, a jej włosy okraszają jej brzuch
łaskotkami, delikatne brązowe kosmyki wpadają do jej pępka i gładzą jej uda.
Jej ciało drży i bogini na chwilę wstrzymuje oddech i jej oczy przybierają ten
wyraz strachu, ale to nie ból, tylko rozkosz powoli opanowuje jej ciało. Ona
też unosi swoją sprawniejszą rękę i nawija na nią boskie włosy, wyciąga dłoń do
jej szyi i zjeżdża w bok jej ciała.
Ich tułowia i kończyny scalają się w jedno, rozpływają się i
zatapiają w sobie nawzajem, tulą się, aż powstaje z nich abstrakcyjny obraz o
wielu barwach. Bogini nadal topnieje pod jej dotykiem, a z oczu lecą jej łzy,
ale nie smutku, tylko jakieś inne, słodko-gorzkie i pełne tęsknoty.
Może nic nie jest jeszcze stracone, może półotwarte drzwi
wpuściły je z powrotem w wir świata, do ich ciał, ich pamięci, historii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz