niedziela, 15 marca 2026

Kim pani jest?

 

Ściany były dziwnie nijakiego koloru, za oknami nic nie było, ogółem wszystko wokół otoczone było niczym, co było o tyle dziwne, że trudno w sumie powiedzieć, co to jest nic. Zdecydowanie jednak czuła, że tak by wyglądało. Podążyła za kolejką. Za czym stała kolejka, nie wiedziała, ale wydawało się, że innej drogi nie było, więc swoje należało odstać. Przed nią stało sporo ludzi, za nią też się zaraz zaczęto ustawiać. Nikt nic nie mówił, tylko patrzyli po sobie dziwnie, niepewni.

– Przepraszam, po co ta kolejka? – Ktoś w końcu zapytał.

Ludzie zaczęli się po sobie rozglądać, rozległy się szmery, wielkie oczy i rozdziawione usta. Patrzyła się na nich, licząc, że ktoś odpowie na cudze pytanie, ale nikt nie odpowiedział. Kolejka przynajmniej posuwała się szybko. Nie dosłyszała o czym była mowa, ale ludzie pochylali się lekko nad okienkiem lub stawali przed nim na palcach, lub zbliżali do niego usta, coś tam mamrotali i odchodzili w prawo lub w lewo. Samo okienko nie było nijak opisane, wyglądało jak okienko z urzędu, i w niektórych czekających wywoływało frustrację czy ogólne poirytowanie. Za okienkiem na krześle obrotowym siedziała kobieta w bliżej nieokreślonym wieku z fryzurą taką, jakiej byśmy się spodziewali po urzędniczce. Wyglądała na znudzoną, w palcach obracała długopis, którego końcówką stukała w klawiaturę.

W końcu nadeszła jej kolej i tak stanęła przed okienkiem. Odchrząknęła, aż kobieta zwróciła na nią spojrzenie spode brwi i znad okularów.

– Kim pani jest? – Zapytała w końcu.

– Yyyyyy – wyjęczała tylko a potem zaczął jej się trząść podbródek, a usta zaczęły otwierać mimo, że z całych sił chciała utrzymać usta zamknięte.

Urzędniczka westchnęła głośno, przewróciła oczami i ostentacyjnie wystukała coś na klawiaturze, bardzo hałaśliwie, co jakiś czas mierząc ją oceniającym i znudzonym wzrokiem. Marszczyła czoło tak bardzo, że na pewno będzie mieć zmarszczkę jeszcze przed końcem zmiany.

– Kolejna… - wymamrotała urzędniczka, po czym odchrząknęła i znudzonym głosem dodała – proszę iść w prawo za fioletową linią na podłodze aż dotrze pani do pokoju numer 35 i tam wejść, nie ma potrzeby pukania.

– Co jest w tym pokoju? – wydukała jeszcze, ale urzędniczka zaczęła już krzyczeć „następny”.

Obróciła się w prawo, z braku lepszych pomysłów, w końcu była nigdzie i po tej przestrzeni nie umiała się, bez instrukcji, poruszać; i po zidentyfikowaniu grubej, fioletowej linii, ruszyła  wzdłuż niej. Po kilkunastu krokach (nie liczyła, ale tak jej się zdawało, że tyle ich było) zorientowała się, że fioletowe linie są dwie, jedna ciemna, a druga jasna. Zatrzymała się na chwilę, skołowana. Minęło ją kilka osób pewnie idących po ciemnofioletowej linii, więc w ostateczności ruszyła za nimi. Wolała się nie zgubić ani nie zapędzić samej w nicość. Szła, pilnie wpatrzona w fioletową linię i własne stopy, obute w trampki Vans i różowe skarpetki, aż z impetem zatrzymała się na plecach osoby przed nią. Mężczyzna, łysy i w średnim wieku, rzucił jej rozgniewane spojrzenie.

Osoby rzuciły po sobie spojrzenia, aż w końcu kobieta w wieku matczynym pokręciła głową z dezaprobatą, obciągnęła niżej podomkę i zastukała w drzwi numer 35, przed którymi najwyraźniej wszyscy zatrzymali się na sobie niczym domino. Zza drzwi rozległo się stłumione „proszę”, więc matka otworzyła drzwi i wszyscy wlali się do środka. W środku stało pięć biurek, znad których wzrok uniosło pięciu urzędników.

– No niech mnie, zaraz szlag mnie trafi – zza jednego z biurek wstał mężczyzna w przepoconym garniturze. – Renatka was przysłała? – Oni tylko mrugali i patrzyli się po sobie, bo kto to wie? Renatka nie miała plakietki z imieniem. Mężczyzna zdecydowanym krokiem podszedł do telefonu z zakręconym kablem i tarczą i wykręcił numer. Wydawał się być zagniewany, bo za pierwszym razem się pomylił i telefon nie zadzwonił nigdzie – Renata! – Wrzasnął w końcu słuchawkę -  co ty znowu odwalasz?! Ile razy ci mówiłem, że masz rozróżniać linię purpurową od liliowej! Myślałem, że baba to się na kolorach zna – słuchał przez chwilę – zaraz jakiegoś geja zatrudnię na twoje miejsce. Gdzie mi do HR wysyłasz przybłędy…to jest – zerknął na nas zmieszany – petentów. Co mam z nimi zrobić? Dać im pracę? – Pokręcił głową, gdy Renata mówiła coś, lub krzyczała, po drugiej stronie. Z słuchawki wydobywał się jedynie bliżej nieokreślony szum. – Przyrzekam na wszystkie świętości tego świata, jeszcze raz powiesz „fioletowy”, to cię zwolnię bez odprawy i wpiszę naganę za błazenadę w robocie! Doprawdy! – Odłożył słuchawkę. – Proszę stąd wyjść i iść za liliową linią, absolutnie nie za purpurową.

Wszyscy odwrócili się i wyszli, pomrukując coś pod nosem.

– Przepraszam – ona nie wyszła.

– Co jeszcze? Pani nie wie co to za kolor liliowy?

– Przecież to jest pokój 35. Tak jak miało być.

– Tutaj jest wiele pokoi 35. – Zapewnił mężczyzna – proszę sobie tym nie zaprzątać głowy, tylko iść za liliową linią.

– Co to za miejsce?

– Urząd, nie widzi pani? Proszę wyjść – kiedy wychodziła z pokoju numer 35 rozległo się jeszcze – Oleńko, pokaż mi akta Renaty…grabi sobie…

Szła niepewnie po liliowej linii, niepewna co to za urząd – tych w końcu jest wiele – ani co niby miała w nim załatwić. Jednak, nie było w zasięgu jej wzroku żadnego wyjścia, a nawet gdyby było, nie wiedziałaby, gdzie ma się udać. Dreszcz przeszedł jej po plecach gdy uświadomiła sobie, że nadal nie zna odpowiedzi na pytanie, kim jest, więc tylko dreptała przed siebie, niepewna. Zgubiła już grupkę, na którą wcześniej wpadła, ewidentnie im się spieszyło. Usłyszała przed sobą dziwny dźwięk i zobaczyła, że to łysy mężczyzna, który przedtem próbował ją skarcić wzrokiem, wyszedł z pokoju numer 35 i poszedł wzdłuż innej kolorowej linii.

W kilku susach dopadła do drzwi i zapukała, po czym weszła. Przy drzwiach czekała na nią staruszka. Była tak niska, że musiała zgiąć się w pół, by dostrzec pomarszczoną twarz babuleńki, która rozpromieniła się ciepłym uśmiechem, zupełnie niepodobnym do tych prezentowanych przez osoby z jej profesji.

– Witam, rozumiem, że nie wie pani, kim pani jest? – zapytała.

Ona rozdziawiła tylko usta i wciągnęła powietrze, bo już sama nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć i nadal czuła się zaskoczona swoją sytuacją, jakakolwiek sytuacja to była, bo tego też nie wiedziała.

– Ach, proszę się nie martwić – uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jakby policzki ktoś jej naciągał od tyłu – proszę wejść za tę kurtynę i poprzeglądać się w lustrach. Może coś się pani przypomni.

Staruszka lekko popchnęła ją w stronę zasłony, więc weszła za nią. Cały pokój był lustrami. Było tam każde lustro, jakie człowiek może sobie wyobrazić, w każdym kształcie, z każdej epoki, nad lustrami i pod nimi różne oświetlenie, nawet na podłodze były lustra i były też lustra zniekształcające, a przynajmniej tak sądziła z ich wywieszonego obok opisu, bo…żadnych odbić nie było. Zaczęła się obracać jak szalona i macać po brzuchu i klepać po rękach i udach i tupać stopami. Patrząc w dół, widziała się na pewno. Ręce w rękawach czarnej bluzy, dramatycznie rozedrgana klatka piersiowa, nogi w dżinsach, różowych skarpetkach i butach Vans, na głowie ma włosy, jak sugerują chwytające się za nią palce, ale raczej krótkie, bo nie jest w stanie przeciągnąć kosmyka tak, by go zobaczyć choćby kątem oka.

Wybiegła stamtąd przerażona, ale staruszka chwyciła ją mocno za ramiona. Cała się trzęsła.

– Biedactwo! – Skwitowała staruszka – pocieszyłabym cię, ale mam teraz przerwę obiadową. No cóż. Przykro mi. Podążaj za czerwoną linią, aż do pokoju 117B.

Wyszła stamtąd, zszokowana i roztrzęsiona, i ruszyła za czerwoną linią. Szła, oddychając tak, jakby ktoś ściskał ją jak puszkę po napoju, a w oczach jej się dwoiło i troiło, i nie wiedziała, czy to przez roztrzęsienie, czy przez łzy.

Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? Kim pani jest? K im pa ni j est?

Nabrała kilka głębokich wdechów. Zatrzymała się i przyjrzała liniom. Obok jej linii biegła druga, równolegle, przynajmniej tak daleko, jak oczy widziały. Obie były czerwone. Przetarła powieki. Teraz obie wydawały jej się zielone. Mrugnęła i obie były czerwone. A potem zielone. I tak w kółko. Stała w miejscu, bojąc się ruszyć, jakby jej ktoś przykleił w miejscu stopy. Rozejrzała się rozpaczliwie, ale nikogo nie widziała w zasięgu wzroku, tylko rozmyte, obłe korytarze bez drzwi i bez oznaczeń i ogólny brak koloru czy jakichkolwiek cech szczególnych. I niemożność zboczenia ze ścieżki wyznaczanej przez linie, problem tylko, że teraz sama już nie wiedziała, która to jej linia. Czy obie były czerwone? Czy jedna była czerwona, a druga zielona? A może obie były zielone? I dlaczego ona tego nie wiedziała? A skoro tego nie wiedziała, to jak miała podążać za czerwoną linią?

– Cześć! Chcesz pograć ze mną w klasy?

Przed nią stała mała dziewczynka, miała dżinsowe spodenki, białą koszulkę i kokardę we włosach, jakby ktoś ją ubierał na inną okazję, ale w połowie zmienił zdanie.

– Co ty tu robisz?

– Bawię się. Gram w klasy. Byłoby fajniej, gdybym miała z kim grać. – wskazała za siebie, i faktycznie, obok linii rozrysowane były pola do gry w klasy.

 Wiesz, która linia jest czerwona?

– Oczywiście, że wiem – dziewczynka roześmiała się, jakby to pytanie było najzabawniejsze na świecie – nie mam pięciu lat.

– No tak, wiadomo – starała się uspokoić oddech. – A ile masz lat?

Dziewczynka wyciągnęła przed siebie obie rączki i starannie, palec po palcu, rozprostowała ich sześć.

– I jesteś tu sama? – Rozejrzała się po korytarzu.

– Haha, nie – dziewczynka schowała odliczone palce i położyła piąstki na biodrach – przecież chodzą tędy inni ludzie.

Miała wrażenie, że zdecydowanie rozdziawiła znowu usta, więc zamknęła je i głośno przełknęła ślinę.

– Hmmm – mruknęła, myśląc intensywnie – chcesz się ze mną przejść po czerwonej linii do pokoju 117B?

– Może później, jeśli zagrasz ze mną w klasy – skwitowała i wróciła do zabawy, z wprawą przeskakując z kwadratu na kwadrat.

Wpatrywała się w buty dziewczynki, białe, eleganckie, takie jakie ubrano by jej do pierwszej komunii. Na pewno niewygodnie się w nich skakało.

– Okej, niech będzie – uznała.

Skakały, raz jedna, raz druga. Dziewczynka zdecydowanie wygrywała. Podeszwy jej eleganckich bucików odbijały się echem w korytarzu, zupełnie inaczej, niż gdyby miała na sobie obuwie sportowe. Mimo to pokonywała ją, w trampkach Vans.

Grały zawzięcie i niemal bez słowa, jedna za drugą, na zmianę. Poczuła, że się poci, a dziewczynce przekrzywiła się poluzowana od skakania kokarda.

– Helenko, no naprawdę! – rozległ się krzyk ulgi i poirytowania na raz. W ich stronę szybkim krokiem zmierzał mężczyzna z pokoju 35, ten który wcześniej nakrzyczał na Renatę. – Ile razy mam ci mówić, że masz się nie oddalać, gdy tatuś ma przerwę obiadową? Wiesz jak łatwo jest się tu zgubić na zawsze? Nie znajdę cię potem, i co? – Zerknął na nią, chwytając rękę Helenki. Dziewczynka uśmiechała się złośliwie patrząc to na nią, to na mężczyznę – proszę wybaczyć. Żona mnie zostawiła. To mnie zdecydowanie przerasta. Boże, szef mnie zwolni, jak Helenka jeszcze raz będzie biegać samopas i straszyć petentów. Mam nadzieję, że pani nie zamęczyła.

– Nie, ale nie wiem, która to czerwona linia. A mam iść po czerwonej linii. Do pokoju 117B. – Odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Och, to… - spojrzał na nią z zaciekawieniem i troską. – Odprowadzimy panią do pokoju 117B, tyle mogę zrobić. Proszę za mną.

Mężczyzna ruszył szybkim krokiem, kurczowo ściskając rękę Helenki, która nadal podskakiwała, tym razem co drugi krok. Chichotała pod nosem. Szła za nimi, szybko, nic nie mówiąc. Uczepiła się ich tak, jak wcześniej tamtej grupki, bo sama, najwyraźniej, nie była w stanie nigdzie trafić.

W końcu doszli do pokoju 117B, mężczyzna otworzył drzwi i skinął jej głową, by weszła.

– Przyprowadzam wam zgubę. Zajmijcie się nią dobrze – powiedział.

– Błagam cię, Bogdan, powiedz mi że ten potwór znowu nie pomalował kredą korytarza – wyjęczał jakiś głos ze środka.

– Wypraszam sobie, Helenka to nie potwór. Trzeba było się z nią nie bawić mając uszkodzone kolano. Ona jest…energiczna…

– Aha, jasne, a kto mi zwróci pieniądze za rehabilitację…

– Tatusiu, pójdziemy na lody… - mruknęła Helenka, gdy mężczyzna wyciągnął córkę na korytarz i zatrzasnął drzwi.

– Biedne to dziecko, bez matki. Ojciec jej nawet ubrać normalnie nie umie. Ani zatrudnić niańki, najwyraźniej. Niech pani siada – powiedział głos zza biurka.

Usiadła niepewnie, próbując zajrzeć za komputer, ale nic nie widziała.

– Czy ktoś pani wyjaśnił, dlaczego tu jest? – Zapytał głos.

– Nie.

– Jak zawsze, jak samo nie zrobię to nikt nie zrobi, przysięgam, nie płacą mi wystarczająco. – Rozległo się głośne westchnięcie – jest tu pani, bo nie wie pani, kim jest. Możliwe, że pani zaginęła. Albo że ktoś pani szuka. Albo że nikt pani nie szuka. Różnie to bywa, wie pani. Zależy.

– Od czego zależy?

– Aha, dobre pytanie. Czasami ktoś nie pamięta kim jest bo wziął na rejvie pigułę od nieznajomego, albo wypił za dużo przez ostatnie wiele lat i zasnął w rowie, albo czasem po komplikacjach po znieczuleniu, po operacji. Czasami ktoś ma chorobę psychiczną, nagłą lub nie, czasami ktoś ma traumę i jakąś amnezję wsteczną, a jak kto stary, to może ma demencję, albo coś takiego. Nie jestem lekarzem. Ale pani jest młoda. Dziwne.

– Dziwne?

– Dziwne, bo w systemie widzę, że nie pamięta pani, kim jest i nawet w lustrze pani nie ma, czyli nie pamięta pani, jak wygląda. Rzadko się to zdarza. Może ktoś panią porwał albo zgarnął na handel ludźmi…może niefortunny wypadek samochodowy i gdzieś pani walnęła łepetyną i teraz błądzi tu i tam i nie wie kim jest…nie wie pani, jak zakładam, czy ma pani historię schizofrenii w rodzinie? – Pokręciła głową – wielka szkoda, z tego co widzę, jest pani w idealnym wieku na schizofrenię…

Rozejrzała się, ale nie widziała głosu zza ekranu komputera i nie była pewna, jak właściciel głosu widzi ją.

– W porządku, musimy ustalić, co już o pani wiemy. Jakieś myśli się pojawiły, gdy szła tu pani do mnie, albo wcześniej?

– Chyba się zgubiłam – zauważyła.

– Doprawdy? Co też pani nie powie! Nikt, kto wie, gdzie jest, nie znajduje się tutaj. – Rozległo się stukanie w klawiaturę. – Poznała pani Helenkę. Współczuję. Wpiszę w system, że ma pani tragiczną orientację w terenie. Wątpię, by ujęto to w aktach, o ile ktoś pani w ogóle szuka i zgłosił, że pani nie ma, ale nie zaszkodzi wpisać. Wątpię również, że od tego jednego faktu sobie pani przypomni, kim jest, ale lepiej go zapiszmy, bo jeszcze pani i to zapomni i dopiero będzie klops.

– Nie, to znaczy – próbowała zebrać słowa – być może byłam tylko zdezorientowana, ale nie wiedziałam, która linia jest czerwona. Wydawało mi się, że obie, albo żadna, albo że się zmieniają…bo tam są dwie linie na podłodze.

Stukanie w klawiaturę ustało, zza ekranu wychynęło jedno oko, które otaksowało ją po raz pierwszy z bezbrzeżną i nieskrywaną ciekawością.

– O. To może być coś. Baśka, przynieś mi tu rekwizyty.

Dopiero teraz zorientowała się, że w głębi pokoju stało drugie biurko, z którego teraz wystrzeliła kobieta z długimi włosami i na szpilkach. Z niezwykłym zapałem dotaszczyła na biurko, przy którym siedziała ona i jej rozmówca, przezroczyste pudło pełne małych kostek do gry.

– Wracaj do siebie, Baśka i przygotuj to, co zawsze – poinstruował ją właściciel oka. – W tym pudełku są kostki do gry. Zielone i czerwone. Zapewniam, że tak jest, widzę pani powątpiewanie na pani twarzy. Proszę dla mnie posortować te kostki, szybciutko. Kolorem.

Patrzyła się na pudełko kostek w szoku. Wydawało jej się, że były tych samych kolorów, ale czasem zmieniały kolory i w ogóle niczego nie była już pewna. Dla zasady i z obawy przed głosem zza komputera szybko wysypała kostki na biurko i zaczęła maniakalnie sortować je na dwie kupki. Była cała spanikowana, bo co jedną przydzieliła do kupki, tak jej się zaczynało wydawać, że powinna być na drugiej kupce. Spociła się jeszcze bardziej, niż przy grze w klasy z Helenką. Cała się zestresowała. Nie wiedziała, co to oznacza, jak już po tych wszystkich rewelacjach od głosu zza monitora wywnioskowała, nie pamięta z prawdziwego świata niemalże nic. No, chyba że ten dziwny urząd był częścią jakiegoś prawdziwego świata, ale tego też nie wiedziała i zaczynała się denerwować.

– Okej, na pewno jest pani daltonistką – skwitował głos zza ekranu, a jej łzy potoczyły się z oczu, choć nie wiedziała dlaczego, może po prostu była zmęczona i przestraszona. – Ale proszę nie płakać, to nie koniec świata. Z tym można żyć. Nie wiem jak, ale można. Wpisuje to w pani akta, w razie gdyby ktoś uznał to za istotne i w ogóle…nic więcej pani nie pamięta o sobie? – nagle zza biurka z zaskakującą prędkością wytoczyło się krzesło. Siedziała na nim osoba z kolanami pod brodą i bladą twarzą, choć o zaskakującej energii. Osoba zmierzyła ją uważnym wzrokiem od stóp do głów i wsunęła się z powrotem za biurko. – Opiszę w co pani jest ubrana. Czarna bluza z kapturem, niebieskie dżinsy typu „straight”, włosy obcięte na krótko, różowe skarpetki, buty Vans… -  jedno oko znów wynurzyło się obok ekranu – na oko ma pani pewnie dwadzieścia parę lat, ale kto to wie, w tych czasach… umie pani ruszać brwiami? – Poruszyła brwiami – ok, czyli botoksu nie ma, to może faktycznie jest pani po dwudziestce. Kolor oczu: nijaki, kolor włosów też. Kurde, nie ma tu takiego pola…jak myślisz, Baśka, co to za kolor oczu?

– Wpisałabym szaroniebieski – uznała Baśka.

– To taki wpiszę. Włosy, dajmy na to, szarobure…nie…bo pani nie jest stara…dajmy mysi blond. Ok. Proszę teraz do Baśki, ja już, na szczęście, zrobiłom co miałom i bardzo dobrze. Zmachałom się, tragedia.

Wstała niepewnie i ruszyła w stronę Baśki, zachłyśnięta bezpardonowością osoby za biurkiem. Zerknęła przez ramię. Osoba nadal siedziała z kolanami pod brodą, ale teraz głowa całkiem jej opadła, a ramiona unosiły się w miarowym rytmie.

– Proszę nie zwracać uwagi. O tej godzinie jest jego pora drzemki – wyjaśniła Baśka.

– Czy normalnie tak szybko się zasypia?

– Nie. Proszę, z łaski swojej, przykładać tu po kolei palce. Zrobimy odbitki linii papilarnych. W razie, gdyby były w systemie.

– W systemie?

– Co ja będę tłumaczyć, za wiele do tłumaczenia. Dostanie pani potem broszurkę, o ile zaraz się nie dowiemy, że już ktoś pani szuka. Na razie bardzo proszę mi zaufać.

Zaufała więc, i przykładała palce jeden po drugim to wskazanego miejsca, a pod nim przejeżdżał czerwony pionowy pasek. Nie bolało. Kiedy skończyła z prawą ręką i zaczęła z lewą obejrzała dokładnie każdy palec na prawej dłoni, ale nie zostały na nich żadne ślady.

– Proszę jeszcze tu – Baśka zdążyła się podnieść i przemieścić na szpilkach, zaskakująco szybko, jak jej się wydawało.

Stanęła na dziwnym pudle z wysięgnikiem. Baśka coś tam poklikała i poustawiała.

– Dobrze, dzięki temu mamy pani wagę i wzrost. Nie będę pani mówić, żeby pani nie przygnębiać.

Wróciła do swojego biurka, a ona poczłapała za nią z braku lepszych opcji i jakichkolwiek pomysłów. Baśka stukała butem o podłogę, podśpiewując coś pod nosem, ale ona nie znała tej melodii. Albo jej nie pamiętała.

– O, i już baza przeskanowana. Nie ma pani. To znaczy. Ani w policyjnych rejestrach, ani nikt nie zgłosił pani zaginięcia, no chyba, że ktoś panią bardzo nieakuratnie opisał. Ale to nie my, my, jak pani widzi, jesteśmy skuteczni, precyzyjni i skrupulatni. Proszę za mną. – Podprowadziła ją do innych, bocznych drzwi. – W tym korytarzu nie ma żadnych linii, ale proszę iść prosto aż pani dojdzie przechowal…poczekalni. No już, proszę iść i nie zadawać mi pytań, bo ja za kwadrans kończę pracę. Z Renatą jestem umówiona na piwo. Proszę iść. Do widzenia. 

Więc poszła, bo co miała zrobić. Korytarz był taki sam, jak cała reszta budynku, czyli zupełnie nijaki. Nie był jednak zbyt długi, bo dość szybko dotarła do jego końca. Na końcu faktycznie znajdowało się duże pomieszczenie z przeszklonymi drzwiami i przeszkloną ścianą, przy której kilka osób pilnie wyglądało na zielony krajobraz. Dziwnym było, że w ogóle coś istniało poza tym dziwnym budynkiem, ale postanowiła tego teraz nie roztrząsać, gdyż była bardzo zmęczona i skołowana. Zauważyła stoliki i krzesła, ladę, z której właśnie ktoś odebrał przyjemnie pachnące pojemniki, było też pełno mebli, choć gdy się rozglądała, trudno jej było je określić. Meble były kolorowe i akcesoria też były kolorowe, co również było dziwne, bo wszystko inne było tutaj bezbarwne. Zaczęła przyglądać się ludziom, rozmawiającym, robiącym różne rzeczy (kilka osób czytało, kilka jadło i piło, część robiła rzeczy, co do których nazw nie była pewna). Byli młodzi, starzy, było kilkoro dzieci i nastolatków. Większość jednak była bardzo stara.

– Dzień dobry! – Uśmiechnął się do niej mężczyzna w garniturze z muszką. Był chyba koło 30-tki, ale nie mogła być pewna. – Jesteś tu nowa?

– Tak. Co to za miejsce?

– To jest poczekalnia. Czekamy tu, aż ktoś nas będzie szukał lub ktoś sobie nas przypomni, lub do czasu, gdy sami sobie przypomnimy, kim jesteśmy.

– Kiedy ja sobie przypomnę? – Zapytała, całkiem rozsądnie.

– Koleżanko! Nikt nie ma odpowiedzi na to pytanie…ale na twoim miejscu bym się dobrze rozgościł. Mam tu konsolę, gry karciane i planszowe, książki, telewizję, kącik do tworzenia sztuki, zabawki, druty i szydełko, a za tamtymi drzwiami łazienkę i sypialnię. Jest tu bardzo miło. Można wygodnie żyć. – Uśmiechnął się do niej szeroko, ale w kącikach jego oczu czaił się smutek.

– Więc jak długo tu będę? – Dopytała, bo zdawało jej się, że odpowiedź na to pytanie nie padła.

– Zazwyczaj jestem optymistą, a ty zmuszasz mnie do pesymizmu i to mi się nie podoba. No cóż – odetchnął głęboko – powiem to metaforą, tak będzie mi łatwiej. Z reguły czas oczekiwania na wyjście stąd jest jak kolejki do specjalisty na NFZ, och, pamiętam to dobrze, oczywiście tu nie da się nic szacować ani nawet zapisać na zaś, z wyprzedzeniem, ale…uśredniając, ostrożnie szacowałbym, że może gdzieś do lat 50-tych…

– Przepraszam, który mamy rok?

Mężczyzna wskazał jej coś na ścianie. Podbiegła w tamto miejsce. Kalendarz. Rok 2026. To brzmiało jak koszmar. Kim ona jest?

 

Kim pani jest?

  Ściany były dziwnie nijakiego koloru, za oknami nic nie było, ogółem wszystko wokół otoczone było niczym, co było o tyle dziwne, że trudno...